W oknach nie paliły się światła, na podjeździe nie było samochodów, dom sprawiał wrażenie opuszczonego. Mimo to stałem, myśląc jak mam go znaleźć. Chciałem magią wybadać czy faktycznie tam nikogo nie ma ale dom był chroniony od magii. Uchyliłem klapkę otworu na listy i zobaczyłem wypastowaną podłogę. Zajrzałem przez okno do czystego salonu z wymiecionym kominkiem i błyszczącym na tle całej tej starości fortepianem, na którym stały fotografie w srebrnych ramkach. Pokój sprawiał wrażenie nie zbyt wystylizowanego i dokładnego, bardziej przypominał jaskinie eleganckiego drwala niż dom.
Jak się teraz czuje Rosalie ? Myśli o mnie a może o Col'im albo o jeszcze kimś innym ? Wie o czymś czego nie chce mi powiedzieć ? Ale wymyślam..
W sumie nic nie wiem o tym człowieku, tylko tyle ,że ma na imię Gerald, może wcale nie chce mi pomóc tylko wykorzystać w jakieś tam sprawie.
Już miałem odchodzić od drzwi gdy mężczyzna się zjawił, minął mnie jakby nigdy nic, otworzył drzwi i zaprosił do środka słowem ,,wejdź"
Był wyraźnie zdenerwowany, szybko się poruszał aż dziwne na takiego starca który ledwo zakłada sam buty. Grzebał po szafkach.
-Śpieszy nam sie gdzieś ?
-Owszem.
-A gdzie ?
Usiadłem wygodnie na fotelu obserwując staruszka.
-Mój przyjaciel niedługo ulegnie egzekucji a ja muszę z nim pogadać, on może nam bardzo pomóc.
-A czego szukasz ?
-Listu
-Przecież go spaliłeś
-Co ? widziałeś wtedy mnie ?
-Tak
-Sprawa Ruvika ?
-Tak
-Nie ma co się dziwić chciał cię pewnie oswoić z sytuacją, jest trochę przerażający i ciężko będzie was złączyć ale musi się udać.
-Złączyć ?
-Tak on potrafi praktycznie wszystko czego ja muszę cię nauczyć jeśli uda mi się was połączyć będzie to w 90 % ukończone szkolenie, myślisz ,że chce mi sie bawić z kolejnym dzieciakiem przez lata ? Ooo nie nie nie.
Gwizdnął z szuflady list którego szukał i szybko nas przeteleportował. Wylądowałem na oblepionym śniegiem chodniku, jego granice i ulicy wyznaczały wychodzone i wyjeżdżone ślady. Ruszyliśmy między drzewa by po chwili zniknąć w ciemnościach. Szliśmy wąską ścieżką wygniecioną w śniegu.
Z kieszeni wydobył latarkę aby oświetlić sobie drogę. Drugą ręką odsuwał na bok gałęzie, pokryte grubą warstwą puchu. Ten śnieg opadał nam na twarz i ramiona.
-Nie lepiej użyć magii ?
-Tu nie można jej używać
Mróz z każdą chwilą tężał, tak bardzo ,że straciłem czucie w dłoniach. Czułem jak na twarzy mam skorupę lody taką samą jak Gerald w tej chwili. Po kwadransie, gdy wyszliśmy na wielką polanę, mogliśmy wreszcie rozprostować przygięte do ziemi ciało. Znaleźliśmy się na czymś co przypominało chyba kiedyś stadion, bardziej teraz zasypaną śniegiem i porośniętą szuwarami łąka.
Starzec rozejrzał sie uważnie wokoło ja naśladowałem jego ruchy. Wydaje się ,że wzrok po mimo lat ma całkiem dobry, widział przedmioty które mi umykały. Wkrótce dostrzegliśmy w krzakach pobliskiej skarpy kilka masywnych, skulonych postaci. Odruchowo chciałem przygotować magię do ochrony ale tu przecież nie można jej używać. Gerald wyjął pistolet. Był wyraźnie przestraszony i zestresowany a głos mu się trochę wahał.
-Montalto, czego chcesz ?
Nie usłyszeliśmy jednak odpowiedzi. Tylko gdzieś w tle zaskrzeczał ptak
-Montalto, dziwnie wybierasz miejsca na spotkania. I po tylu latach ? Minęło ćwierć wieku... Czego ty chcesz, dlaczego pozwalasz zgładzić Lucjusza ?
Do skrzeczenia ptaka dołączyło ujadanie psa. Gerald zgasił latarkę, rzucił ją w śnieg i przeładował pistolet. Na skraju skarpy pojawiało się coraz więcej postaci.
-Nie jest dobrze - powiedział przerażony
-O co chodzi ?
-Nie damy rady ich wszystkich pokonać mam tylko 6 naboi. Nie próbuj używać magii, będę próbował ich zastrzelić.
Skierował broń na przeciwników i jeden po drugim wystrzelił pociski. Wiedział ,że w ten sposób nie pomoże przyjacielowi i sam może zginąć, ale też nie jest w stanie zostawić go samego.
-Co mam robić ?! - nie chciałem bezradnie na to patrzeć, szukałem jakiegoś wyjścia z sytuacji.
Nie dostałem odpowiedzi.
Huk wystrzałów przetoczył się po śniegu zalegającym na gałęziach tworzących trybuny. Stado ptakó zerwało się gdzieś za plecami leżącego teraz w śniegu Geralda. Słyszałem jak oni podchodzą, dziurawią buciorami śnieżną pokrywę.
-HA ! z broni to ty strzelać nie potrafisz, zniszczyłeś tylko dwóm kurtki, siedź tu i patrz.
-Chwila.
Wielki brodaty osiłek w czarnym płaszczu w końcu spojrzał sie na mnie
-Czym zawinił tamten no Lucjusz ?
-Młody, tamtego kolesia ścigały pokolenia ale jakaś moc go chroniła, teraz gdy już go mamy możemy dopełnić rytuał.
-Co za rytuał ?
-Koniec z czarodziejami, koniec z magikami i wiedźmami, już się nie będę plęgnąć.
Odszedł rzucając jeszcze pogardliwe spojrzenie na Geralda siedzącego na śniegu.
Stąd dobrze było widać cały rytuał. Jakiś mężczyzna był zwrócony nogami do niemałego ogniska. Ogień był tak duży, że aż to kilkanaście metrów dalej czułem przyjemny zapach drewna i okalające ciepło. Nad jeszcze żyjącym Lucjuszem stał jakiś człowiek, ciężko dyszał.
Skazany wyjęczał.
-Montalto. Dlaczego !?
-Dnia dwudziestego szóstego stycznia w Smyrnie, za czasów Marka Antoniusza i Lucjusza Aureliusza Kommodusa na rozkaz prokonsula wrzucono go do ognia. - mężczyzna nie czytał z kartki lecz sam wymawiał to wszystko jak wiersz
Lucjusza drugi koleś z grupy zebranych ciągnął do ogniska. Ogień wolno obejmował nogawki spodni. Raz mężczyzna próbował wstać wierzgał się a później chyba mdlał i znowu wstawał, znaczy próbował. Wtedy tamten natarł mu twarz śniegiem i odciągnął od ogniska. Wydobył nóż z płaszcza i powiedział.
-Cały naród w amfiteatrze żąda jego śmierci. Ponieważ jednak płomienie mu nie zaszkodziły, ścięto go mieczem.
Lucjusz resztkami sił uniósł głowę, chyba nas zauważył. Nagle nóż powędrował w jego pierś. Umierał powoli, gdy tamten zanosił do ognia drewno albo chyba jakieś figurki owinięte gazetą, patrzył jak płoną i mówił
-Razem z nim tę śmierć poniosło setki mieszkańców Filadel
Mężczyzna przekręcił konającego twarzą do śniegu. Był bardzo silny. Ukląkł na plecach starca i gwałtownie szarpnął głowę mężczyzny do siebie. Przeszły mnie ciary gdy usłyszałem chrzęst łamanych kości a następnie ogarnęło mnie współczucie, widząc łzy w oczach Geralda.
Ale to jeszcze nie koniec, mężczyzna nożem odciąg głowę od ciała. Pochwycił zwłoki za nogi i pociągnął po śniegu, rysując krwią zabitego okrąg. W jego wnętrzu umieścił trupa, rozkładając jego ręce na boki, a nogi łącząc ze sobą. Wszystkie czynności wykonywał z niewiarygodnym opanowanie,.
-Rajan ?
-Hmm.. ?
-Chodźmy, nie dam rady.
Pomogłem mu wstać. Dziwne ,że do teleportacji użył magii jeśli podobno tak nie wolno.
Przeniósł nad przed jakiś dom, usiadł na schodach rontowych i podparł głowę rękoma.
-Nie chciałem oglądać tego przeklętego rytuału do końca, najgorszy jest moment gdy kładą na skazańca wielkiego białego owłosionego motyla, przeklęte stworzenia.
-Rozumiem ale co teraz ? Gdzie my jesteśmy ?
-To jest dom Lucjusza, ja przeszukam dom a ty zajmij się składzikiem w ogrodzie, klucze znajdziesz w rynnie nad drzwiami.
-A czego mam szukać ?
-listu, pendrive, płyty cokolwiek przecież nie mógł odejść tak bez niczego.
Faktycznie klucze znalazłem w rynnie a komórka była raczej mała, ciekawe jak tam w środku.
Otworzyłem drzwi i moim oczom ukazało się wnętrze ciasnej szopy wypełnionej od podłogi po sufit różnymi gratami. Zapach stęchlizny wdzierał się agresywnie do nosa. Gruba warstwa kurzu wymusiła we mnie kichnięcie.
Co za rupieciarnia, tu niczego nie będzie kurz nie jest w żadnym miejscu starty, długo tu nikt nie wchodził. Hmmm... może skorzystam z okazji i wybiorę się do Rosalie ?
Nie musiałem się długo zastanawiać po chwili już przy niej byłem, zwiedzała korytarze psychiatryka.
Z zaskoczenia połaskotałem ja po plecach i przytuliłem.

-Jak tam ? Wszystko dobrze ?
-Teraz jest dobrze
-Wiesz ,że nie musisz tu siedzieć możesz wrócić ?
-Chcesz tego ?
-Szczerze to wolę abyś była tu ale nie będę cię więził. Zdarzyło się coś kiedy mnie nie było ?
-Na szczęście wszystko było w normie.
Odsunęła się odemnie i przeleciała po mnie wzrokiem.
-Czemu jesteś mokry ?
-Miałem wycieczkę po śniegu. O i ja nie mogę tu długo zostać wrócę wieczorem teraz na chwilę się wyrwałem.
Spojrzała się na mnie tymi swoimi rozczarowanymi oczami aż mi się głupio zrobiło, stanowczo za często wywołuje u niej tą minę.
-Na pewno wrócisz wieczorem ?
-Obiecuje - pocałowałem ją i wróciłem do komórki na graty.
Znaczy się chciałem wrócić do komórki ale zrezygnowałem i przeniosłem sie prosto do Geralda.
Pojawiłem się na jakieś zaśnieżonej polanie. Myślałem ,że jestem tam sam ale gdy sie obróciłem stała obok mnie dziewczyna, skrywała twarz w szaliku.
-Ehm... kim jesteś ? - spytałem speszony, czyżbym się pojawił przed jej oczyma, widziała to ?
-Jestem Kate, ehm.. trochę się zgubiłam...jesteś tu sam ? - nie patrzyła się na mnie mówiąc tylko zały czas tonęła w materiale.
-Chyba tak, też nie wiem gdzie jestem.
-O ! to pójdziesz ze mną przez las ? trochę tam strasznie, boje się iść sama a tam gdzieś jest mój dom.
Spojrzała się zalotnie wprost na mnie ale tylko na chwilę.
Nagle za moich pleców wyskoczył jakiś wilk, przewrócił dziewczynę na śnieg... zaraz dziewczynę ?
Nie, teraz to były dwa wilki, jeden osunął się na ziemię pod wpływem uderzenia kręgosłupem o drzewo drugi jeszcze chwilę się szczerzył

Ale przestał, ku mojemu zdziwieniu wilk który wygrał zmienił się w Geralda.
-Co ty tu robisz ? - spytał niezadowolony
-Szukałem cię
-nie wołałem cię na dziś koniec zajęć, uciekłeś
-Tylko na chwilę
-ale jednak. Teraz mamy kolejny problem.
-Mianowicie ?
-Co kilka nocy będziesz zamieniany w wilka, z wiekiem będzie się to powtarzało częściej aż w końcu będzie tak w każdą noc.
-Za co !
-Mogłeś tu nie przychodzić.
-Nie rozumiem..
Spojrzałem się na wilka który teraz przepełzał kilka metrów od drzewa.
-A ona kim jest ?
-Takim samym nieudacznikiem jak ty, ona jest po szkoleniu ale wybrała życie jako wilk.
-Ciekawe dlaczego
-Nie chce powiedzieć. Ale to nie twój interes wracaj do Rosali
Nie musiał mi tego drugi raz powtarzać, sekundę później byłem już u niej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz