niedziela, 5 lipca 2015

Od Rosalie

  Minęło kilka dni a Hogwart był pełen uczniów. Ja i Ruvik zaczęliśmy chodzić do szkoły jak powinniśmy. Jednak nauczyciele wiedzieli, aby nie wkraczać do lasów, gdyż czeka tam WIELE NIEBEZPIECZEŃSTW. Wiele? Naprawdę? Nie ma już jednorożców, centaurów czy innych magicznych stworzeń. Te mroczne je powybijały... Gale wie, że ja wiem... dziś ma mnie odwiedzić, chce porozmawiać...
  W szkole właśnie miałam lekcję eliksirów z profesorem Cimmerą. Był wysokim siwym sześćdziesięciolatkiem, miał doświadczenie w tym co robi... całą epidemię przeżył na szukanie antidotum, jednak wynalazł tylko czasowe...
  Zamyśliłam się...
  O czym Gale chce porozmawiać...? Dlaczego tak nagle, czemu to nie może czekać? Coś z Zoe...? Martinem...? Sebastianem czy Connorem?
-Ej... Ty. Szlamo... - ktoś szeptał za moimi plecami - Rosalie, Szlamo!
  Odwróciłam się a za mną siedział szkolny podrywacz jak i szkolny ''wkurwiacz''. Był jedynym uczniem który działał tak na nerwy nauczycielom jak i mnie. Nie, przepraszam... dla nauczycieli zgrywał niewiniątko a tak naprawdę wyśmiewał się z nich ze swoimi dwoma koleżkami, który nawet rozporka nie potrafią zapiąć sami. Byli tępi, powiedzmy szczerze. Nie mieli szacunku do nikogo, strach przed nimi odczuwa chyba każda dziewczyna w szkole - tak, czasem zdarzy się, że wyśmieją dziewczynę, podniosą na nią rękę czy coś... są czarodziejami, a ja - jak wspomniał ich ''dowódca'', Klein - szlamą.
  Ruvik tylko to usłyszał, a myślałam, że zamorduje wzrokiem Kleina. Jego przydupasy nawet nie spojrzą na Rajana, co pozostaje dla mnie wielką tajemnicą... dlaczego nie spojrzą na niego? Cóż tak odstrasza ich w Ruviku? Może się widzieli już kiedyś...? Może Rajan wzbudza taki strach swoim spojrzeniem, swoją osobą, że głupi i głupszy boją się na niego zerknąć?
  Po długo wyczekiwanym dzwonku wyszłam z klasy jako pierwsza by uniknąć nieprzyjemności z Kleinem. Dopadł mnie Ruvik, boże, jak ja czekałam by z nim w końcu porozmawiać po czterdziestu pięciu minutach lekcji o eliksirach.
-W porządku? - spytał - Widziałem, jak się gapili...
-To nic...
-Nazwali cię szlamą, jeszcze raz to zrobią a urwę im łby.
-Będziesz miał kłopoty... przestań. Dam radę jakoś z nimi.
-W dupie to mam, wiesz? - zaśmiał się i poszłam z nim do domu.
  Tak, już po lekcjach.
  Wieczorem przyjechał Gale. Ruvika nie było, napisałam mu na kartce, że wrócę niedługo. Zawsze zostawiałam wiadomości gdy gdzieś wychodziłam, wolałam dać mu pewność, że nic mi nie jest. Nawet jeśli uważał, że to nie potrzebne.
  Poszłam z Gale'em do lasu. Nie pytam po co, ale czułam przerażenie i strach jaki zaczął mną kierować znienacka.
-Czemu jesteśmy w lesie? - powiedziałam drżącym głosem.
-Muszę ci powiedzieć coś...
-Co takiego...?
-Od dawna miałem ci powiedzieć, jeszcze w Strefie miałem problemy... Ludzie zaczęli ginąć z mojej winy... Nie radziłem sobie, musiałem sprowadzić zombie do zapasów wtedy, gdy wyszliśmy... musiałaś zniknąć...
-Co to oznacza? Mów o co ci chodzi, natychmiast.
  Usłyszałam ludzi niedaleko, młodych.
-Niech tu nie idą...
-Kto? Ci ludzie? Co Ci zrobili?
-Nie oni mnie... ja zrobię coś im...
-Co masz na myśli? Gale!
-Żyję od dwustu czterdziestu ośmiu lat, Rosalie. Jestem hybrydą.
-Słucham? Dobre żarty...
-Jestem wilkołakiem i jednocześnie wampirem... Są niektórzy, którzy nie odkryli tego w sobie... przez zarazę. Ona trzymała ich przed przemianami...
-Boże, Gale... O czym ty mówisz?
-Nie wierzysz mi... - powiedział załamanym głosem.
-Ależ nie, wierzę Ci... - mamrotałam zakłopotana.
  Nie. Nie wierzyłam mu. Ani trochę.
-Więc Ci pokażę.
-Co mi pokażesz...?
  Nagle zmienił się w wilka. Wielkiego, dwu metrowego wilka. Przestraszyłam się powstrzymując krzyk, odwróciłam się tylko od niego.
  Zbliżył się do mnie i trącił mnie łbem. Było to może i lekko, ale drgnęłam w przód, odwróciłam się do niego i ostrożnie pogłaskałam między uszami.
-Jak to możliwe... jak ukrywałeś się w SB?
  Pokazał zęby, co trochę mnie przestraszyło.
-Muszę iść...
  Gale pobiegł w głąb lasu bez żadnego wtulenia się we mnie czy cokolwiek... Potem usłyszałam w głowie słowa... Nikt nie może o tym wiedzieć, Rosalie. Nikt nie może wiedzieć czym jestem. Nikomu nie powiesz. 
-Obiecuje. - szepnęłam.
  Szłam ścieżką, spokojnie i podśpiewując sobie jedną z kołysanek. Nagle usłyszałam coś za sobą. Z obu stron wylecieli Bon i Clawd, byli przydupasami Kleina. Trzymali mnie, a za sobą poczułam ręce na ramionach. Paskudne łapska Kleina...
-Puść mnie!
-Zaczniesz krzyczeć, to inaczej się zabawię.
-Wypuść mnie, powiedziałam. - warknęłam.
-Ostra, lubię takie. - zaśmiali się.
-Idziemy.
-Gdzie mnie zabieracie? - szepnęłam wystraszona.
-Gdzieś.
  Kilka minut drogi, a potem dostałam czymś ciężkim w skroń. Ostry, szybki ból i padłam, może martwa... może nieprzytomna...
  Nikogo nie widziałam, wołałam mamę... ale byłam w ciemnej dziurze. Wołałam, ale było tak cicho, że słyszałam echo gdzieś w oddali dziury. Nagle poczułam lekkie ukłucie w głowie. Dotknęłam miejsca, a tam... krew, na palcu miałam krew. Nie mogłam się ruszać, nagle pojawiła się mgła, potem opadła. Poczułam żar, nie do wytrzymania. Czułam się, jakbym była tu latami. Nagle mgła znikła, Ale zaczęłam widzieć jakieś drzwi, wyglądało to jak korytarz w hotelu. Nagle w pokojach wybuchły pożary, spod drzwi wystarały spalone ręce, ludzie za drzwiami żyli. Podłoga zmieniła się w płytką rzekę krwi, ludzie w niej łapali mnie, krzyczeli w cierpieniu... Ja też krzyczałam.
  Obudziłam się, otworzyłam oczy. Siedziałam wyprostowana pod białym prześcieradłem na szpitalnym łóżku. Ktoś zdjął biały materiał ze mnie, wpatrywałam się w jeden punkt, ale przed twarzą wyskoczył mi Klein.
-No, spałaś długo... Dwa dni.
-O boże... udało nam się! Ożywiliśmy martwą osobę!
  Byłam nieżywa.
  W mojej czaszce, w moim mózgu poczułam napływ informacji, wszystko było nowe, było tego za dużo.
-Chłopaki... - odezwał się Clawd.
-Czego?  - mruknął Klein.
-Musicie mnie posłuchać... - słyszałam przerażenie w jego głosie.
-Widzisz to? To jej czaszka... a na tym ekranie jest pokazany mózg.
-I co?
-Wiesz... ludzie używają 13% swojego mózgu... przed tą operacją i porażeniem prądem Rosalie, świeciło się to 13%... A teraz... świeci się cały mózg... Pojmujesz? Dzięki nam jej mózg uruchomił się w pełni, 100% jej mózgu funkcjonuje prawidłowo... To niemożliwe!
-Pierdolenie. - warknął Bon.
-Nie, nie... To... złe co zrobiliśmy...
-Ona była martwa...
-Nie chcę jej na głowie, matko, ona była w piekle, rozumiesz? Ona może nas pozabijać...
-Trzeba było więcej pierdolnąć jej prądem 13 kilowatów kurwa! Zwykle dajemy 11! Każdy pies zdechł, a ona ożyła, rozumiesz?! To jest człowiek, na miłość boską! - krzyczał Klein.
-Wiesz, gdzie mieszka?
  Kleina zobaczyłam przed sobą. Spojrzał na mnie, był przerażony.
-Gdzie mieszkasz?
  Zawiózł mnie do domu. Podał mnie Ruvikowi i zniknął jak tylko mógł. Teleportował się gdzieś.
-Co ci jest...? Gdzie ty byłaś, boże jesteś lodowata...
  Spojrzałam na niego.
-Co Ci robili?
  Wiele mnie kosztowało, by coś powiedzieć. Nie mogłam mówić, tyle myśli miałam w głowie... Przetwarzałam informacje w sekundę. Telekineza, inne rzeczy... ja je miałam opracowane w głowie... Przerażało mnie to. Wiedziałam, że po takim natężeniu prądu mogą wystąpić - agresja i nagły płacz... Takie eksperymenty na ludziach są nielegalne, a tym bardziej nie ludzkie. Ja byłam celem, i Klein przeprowadził na mnie ten eksperyment, stchórzył... Teraz muszę poczekać jakiś czas... z Ruvikiem raczej nic mi nie grozi. Jednak ludziom... ludzi mogę zabić jednym ruchem. Jestem teraz jak cyborg, jak robot.
-Klein... Klein i reszta...
-Co Ci zrobili? - podniósł głos zdenerwowany.
-Klein i reszta... oni... czekaj...
  Spojrzałam mu w oczy i przedstawiłam mu to, co się działo. Przerażony spojrzał się na mnie.
-Co za skurwiele! - wrzasnął. - Oni cię zabili... potem... Boże...
-Ja... jestem... nie...niebezpieczna... t-teraz...
-Jesteś normalna, słyszysz? Jestem z tobą, pomogę Ci to przejść, rozumiesz?
-Zadzwoń po... po Zoe... Po Cole'a...
-Po co? P...
-''Po co Ci oni?'' - wyprzedziłam nagle to, co chciał powiedzieć.
  Zamrugałam kilka razy i spojrzałam na niego.
-Coś nie tak? - spytałam niewinnym głosem bo w sumie sama nie wiedziałam, co się dzieje.
  Ruvik był w szoku jak coś takiego mogli mi zrobić... taki eksperyment przeprowadza się na zmarłych, a oni mnie złapali, zabili i znów cudem ożywili i jeszcze jestem jakimś cyborgiem...
 
  Spałam. Obudził mnie hałas w kuchni. Wstałam i poszłam w jego kierunku. Spojrzałam w dół, jednak wiedziałam, że tą osobą jest Martin. Przyjechali.
-Och... Rosalie! Kopę lat... Jak się... - przerwał, gdy zobaczył jak się na niego spojrzałam.
-Rosalie...? W porządku...? - spytała Zoe ostrożnie wchodząc do kuchni.
  Przyjęłam normalną postawę i uśmiechnęłam się lekko patrząc na Zoe.
-Och, tak. Cześć Zoe.
-Co z nią do kurwy nędzy jest?! - wrzasnął Martin.
-Może nas zabić. - powiedział Ruvik. - badałem jej stan przez ten czas jak spała, jej mózg... Klein i reszta... oni uruchomili jej mózg porażając prądem. Wkłuli igłę podpiętą pod 13 kilowatów i... przez skroń kierowali się do mózgu. Porazili ją prądem kilkakrotnie by ją ożywić...
-Zabiję skurwieli. - krzyknęła Zoe.
-Teraz trzeba uważać, nie chodźcie sami po domu bo może was zabić. Mówię serio. Rosalie zmienia się nieświadomie, coś w niej jest z tamtego świata w którym była...
  Spojrzałam się do lustra. Miałam całe czarne oczy, nie ma tęczówek, niczego. Czarne oczy, całe. Jak demon wyglądałam.
-Co mi jest...?! - powiedziałam płaczliwie. - Ruvik?! Co mi jest... pomóżcie mi... błagam... - zaczęłam płakac i wtuliłam się w Rajana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz