Rano siedziałam w pokoju i trzymałam rękę powoli zaciskając w pięść. Tym sposobem powoli leczyłam swoją ranę na plecach. Lustro z tyłu i z przodu pozwoliło mi widzieć czy daje to jakiś efekt. Przez trzy dni szkoliłam swoje umiejętności i wychodziło mi to. Jednak nie ruszyłabym bez pomocy Ruvika... On mnie nauczył tego wszystkiego, jak panować nad sobą. Moja umiejętność może wymknąć się spod kontroli i sama o sobie decydować. Czasem ćwiczyłam sama choć Ruvik mi zabraniał robić cokolwiek bez jego obecności. Byłam początkująca - nic nie wiedziałam co mogę robić, czego nie i co to daje. Mogłam też podpalać coś, ale do tego jeszcze daleka droga... tak mi powiedział Ruvik.
Byłam z nim związana, przynajmniej ja to czułam. Czułam, że jest dla mnie teraz wszystkim. Nie spuszczaliśmy się z oczu. Taki mieliśmy układ, ja go wymyśliłam - oczywiście, że ja. Kto inny? On by tego nie zaproponował. Ja jednak boje się, że go stracę... Czy to aż takie dziwne...? Znów uczę się czuć na nowo. Przez epidemię nic nie czułam, zamknęłam w sobie uczucie itp... dzięki Ruvikowi to się zmienia. Gdyby nie on byłabym inna... w ogóle gdyby nie on... nie było by mnie tutaj.
Wszedł do pokoju a ja spojrzałam na niego. Cholera. Nakrył mnie.
Nakrył mnie... jak to brzmi...
-Mówiłem Ci, nie rób tego sama.
-Przepraszam... - szepnęłam. - Już nie będę, obiecuje.
-Coś nie tak?
-Nie. Nic...
-Zbieraj się.
-Co takiego? - spytałam zaskoczona - Myślałam, że tu zostajemy...
-Nigdzie nie wyjeżdżamy. Chodź ze mną.
Wstałam i poszłam za nim. Wsiedliśmy do samochodu, ja tylko nie wiedziałam o co mu chodzi.Mówił, że to niespodzianka gdy pytałam się gdzie jedziemy.
-Jesteśmy.
-Ale to jest... to jest las...
-Jesteśmy dalej w Seattle. To nie las, tylko mini park. Nie bój się. Chodź. - wyciągnął do mnie rękę.
Ruszyłam za nim tuląc się do jego ramienia. Wyglądałam jak mała przerażona dziewczynka która poznaje świat. Bo w sumie poznawałam ten świat. Epidemia trwa dobre kilkanaście lat... To dla mnie nowość i tyle czasu w schronieniu, w zamurowanym schronie obawiając się lasów... co miałam sobie tak wejść bez obaw? Nadal mam to w głowie. Dobrze, że Ruvik jest przyzwyczajony do lasów...
-Gdzie idziemy?
-Zamknij oczy.
-Ale...
-Zamknij oczy. - powtórzył i wykonałam prośbę.
Liczyłam kroki.
... dwanaście... trzynaście...
-Ile jeszcze?
Zaśmiał się i po dwóch sekundach milczenia powiedział wyczekiwane ''już''. Otworzyłam oczy i zaniemówiłam. Byliśmy na tarasie widokowym. Ukazywał piękno Seattle z innej perspektywy. Uśmiechnęłam się.
-Pięknie tu... - szepnęłam.
-Wszystkiego najlepszego.
-Co? - odwróciłam się do niego.
Ach! No tak! Mam dzisiaj urodziny... Jak mogłam zapomnieć, że się urodziłam?
-Skąd wiedziałeś?
-Rozmawialiśmy kiedy mamy urodziny w szpitalu psychiatrycznym, pamiętasz?
-Nie zapomniałeś...?
-Ja nie.
-Wow... Dziękuję... - przytuliłam go.
Po godzinie siedzenia na tarasie i wygłupiania się nie mieliśmy ochoty stąd iść. Potrafił mnie rozśmieszać, udawało mu się to bez problemów.
-Dziękuję... tak strasznie Ci dziękuję, Ruvik... - podeszłam do niego.
-Nie ma za co. To są twoje urodziny.
-Zapomniałam nawet, że się dzisiaj urodziłam.
-Ja Ci przypomniałem. - uśmiechnął się.
-Cieszę się, że tu jesteś.
Kilka kolejnych minut siedzieliśmy w milczeniu. Oparłam głowę na jego ramieniu... Nie mogło być lepiej... pierwszy raz od dawna obchodziłam swoje urodziny... pierwsza osoba, która o nich pamiętała. Ja pamiętałam przez pierwsze lata, a potem... ruszyłam śladem za innymi którzy olewali to, że Rosalie się urodziła właśnie dzisiaj. Ruvik pamiętał...
-Chodź, Rosie.
-Uwielbiam jak zdrabniasz moje imię. - uśmiechnęłam się lekko. - Już do domu...? - zasmęciłam.
-Nie.
-To gdzie?
-Kolacja.
-Nie mówisz poważnie... - spojrzałam na niego zaskoczona - O... Mówisz poważnie. - zauważyłam jego uśmiech i od razu go poznałam.
-Chodź.
W samochodzie włączyłam radio. Leciała piosenka Christiny Aguilery - Hurt. Pod nosem zaczęłam ją śpiewać. Widziałam kątem oka jak Ruvik się uśmiecha i nasłuchuje.
Kolacja, nie powiem, - była fantastyczna. Restauracja była równie świetna. Skąd on miał na to kasę - pominę. I w ogóle skąd znał to wszystko. Te miejsca - szczególnie taras widokowy. Nie zastanawiałam się nad tym - było cudownie.
W nocy miałam sen, raczej koszmar. Widziałam swoją mamę która w spowolnionym tempie jest rozstrzelana przez wojsko. Mój ojciec zażyczył sobie, że moją matkę zastrzeli ostatnią. Ja stałam za murem i obserwowałam co robi mój ojciec. Mama prosiła go, by tego nie robił. Chciała się ze mną zobaczyć... prosiła o to. Jednak ojciec powiedział, że jest wiedźmą i za to trzeba płacić, że zlikwiduje jej moc i wszystkich czarodziejów... Obudziłam się z krzykiem. Potem usłyszałam Ruvika.
Poszłam do niego, do salonu. Tam siedział. Ja byłam we łzach, chciałam się do niego przytulić... mam przecież... mam przecież Ruvika - to była szczera prawda z którą było mi dobrze. Nie zamieniłabym teraz Ruvika na nic innego.
-Co się dzieje? - spytałam i zobaczyłam go na kanapie.
Miał czerwone oczy, zaszklone.
-Miałem koszmar... taki... realistyczny... Moja rodzina... Ja...
Padłam obok niego i przytuliłam się do niego.
-Też mi się to... śniło... - pociągałam nosem. - Mamy siebie nawzajem... - znów zaczęłam płakać, a on przestał.
Jak na zawołanie uspokoił się i spojrzał na mnie. Wziął moją twarz w swoje dłonie i kazał mi na siebie spojrzeć.
-Masz racje. Mamy siebie nawzajem. Nic Ci tu ze mną nie grozi. To był tylko sen. - przytulił mnie a ja westchnęłam.
-Wiem... Wiem... - szepnęłam i wtuliłam głowę w jego klatkę piersiową.
-Już dobrze, Rosie...
Jego spokojny ton, to, że mówił do mnie zdrobniale... to, że jest... pomagało mi to. Cieszyłam się, że go mam. Nic bez niego bym nie zrobiła, najchętniej zabiłabym się... gdyby nie jego bliskość i obecność...
Zasnęłam w jego objęciach, on również spał. Gdy się delikatnie poruszyłam on otworzył oczy. Zadzwonił mój telefon, ale odebrał Ruvik. Kiwnęłam głową, by to zrobił.
-Słucham? ... Jak to ranna? ... Gdzie jest? ... Wieczorem tam pojadę.
Rozłączył się.
-Kto ranny?
-Zoe.
Zerwałam się i zaczęłam drapać nerwowo swoje dłonie. Miałam je całe podrapane, to jest mój odruch w stresie czy coś.
Ruvik złapał moje dłonie i spojrzał mi w oczy. Znów moje się zaszkliły.
-Będzie dobrze, nic jej nie jest. Rozumiesz? Pojedziemy po nią. Uciekła, zabili twojego ojca i całą resztę naukowców.
-To dobrze... - szepnęłam i wtuliłam się znów w niego.
Wieczorem wyruszyliśmy. Siedzieliśmy w samochodzie, ja zaczęłam się martwić.
-Co jak znów... jak znów kogoś stracę... jak coś jej się stanie... - zaczęłam się trząść.
-Będzie dobrze. Rosie, musisz myśleć, że żyje. Na pewno żyje.
-A co jeśli nie? Wiesz, że coś w lesie mogło ją... no... wiesz... - nie mogłam przepuścić myśli, że coś jej się stało.
Ruvik nic nie powiedział. Milczał. Wiedział, że lepiej nic nie mówić. I wiedział, że może nie żyć.
-Jedźmy już...
Całą drogę przespałam. Skuliłam się na siedzeniu myśląc nad tym, co może się stać z Zoe. Gdy się obudziłam o tym myślałam, oczywiście. Sen nie pomógł, spałam ledwo godzinę, czyli akurat na krótko przed przyjazdem pod lasem, gdzie miała być Zoe. Tak mówił podobno Gale. Znał te lasy. Wiedział, że Zoe również je zna i wie jak wyjść na drogę. Zoe wiedziała również, że na pewno po jej ucieczce Gale powiadomił nas byśmy podjechali po nią. Zabrali w bezpieczne miejsce a potem Gale sam ją odbierze. W Seattle wszystko ma się zakończyć, a potem start z normalnym życiem. Pójdziemy do Strefy Głównego Zarządzania w centrum miasta by powiadomić o zlikwidowaniu gniazda rozprzestrzeniania się zarazy. Tam pójdzie Gale i Zoe. Powinni to być oni. Ja i Ruvik myślę, zakończyliśmy ten rozdział. Chcemy żyć normalnie. Pójdę za Ruvikiem wszędzie, jeśli... jeśli on będzie tego chciał.
Zaczęło się rozjaśniać, deszcz przestał padać i gdy było widno,zauważyłam Zoe.
-Nie wysiadaj. - powiedział - Nie wysiadaj, rozumiesz?
-Ale...
-Nie ryzykuj. Jesteśmy na leśnej drodze... Rosie, nie wysiadaj.
-Proszę... Nic mi nie będzie. Jest jasno... proszę...
-Ja wysiądę, ale ty zostaniesz, jeśli cię o to poproszę?
Wysiadł a ja za nim.
-No jasne, że nie. - mruknął pod nosem z lekkim uśmiechem.
Zoe była w ciężkim stanie ale trzymała się. Była najtwardszą laską pod słońcem.
Podbiegłam do niej. Obejrzałam ją a Ruvik pomógł jej wsiąść do samochodu. Wyjęłam z bagażnika apteczkę i rozłożyłam na tylnym siedzeniu.
-Nic mi... nie jest... Jestem zmęczona...
-Cicho... Cicho Zoe, zaraz będzie Ci lepiej...
Ruvik był skupiony, spokojny, opanowany. Patrzył na drogę i szybko pędził do celu - do Seattle.
-Masz tu ranę po kuli... Boże... Wyjęłaś kule?!
-Po drodze...
-Ty jesteś pokręcona... - szepnęłam nie przerywając dezynfekować i bandażować ran.
Potem zasnęła, odpoczywała. Wykorzystałam jej nieuwagę i przyłożyłam dłonie do ran, skupiłam się, wyłączyłam umysł, robiłam wszystko zgodnie z poleceniami i nauczaniem Ruvika. Otworzyłam oczy - poszło jak po maśle. Miała trzy rady, każda po kuli. Jedna w udzie, druga w okolicach brzucha a trzecia... ramię. Wszystko udało mi się zasklepić i ładnie uleczyć, będzie ją boleć parę godzin gdy się obudzi... Przytuliłam ją i zostawiłam na tylnym siedzeniu, wróciłam na siedzenie pasażera do Ruvika.
Pocałowałam go szybko w policzek. Zaskoczony spojrzał na mnie a potem znów na drogę.
-Za co to? - spytał.
-Za to że jesteś, za to co dla mnie robisz... dziękuję. - szepnęłam i zadzwoniłam do Gale'a. Powiadomiłam o tym, że Zoe jest bezpieczna, że siedzi w aucie i jesteśmy zaraz w Seattle.
Gdy Zoe dojdzie do pełnej sprawności co zajmie jeden dzień... góra dwa... pójdą do SGZ by poinformować o zakończeniu epidemii... ludzie wrócą do miast, do domów, do świata. Znów będzie normalnie... A Hogwart znów zacznie istnieć... Wszystko zaczynało się układać.