wtorek, 30 czerwca 2015

Od Zoe

Dziś miałam dwa powody do świętowania. Po pierwsze cały teren był oczyszczony po epidemii a po drugie były moje urodziny. Nikomu o tym nie mówiłam.. zawsze sama "świętowałam". Z chłopakami zatrzymaliśmy sie w jakimś jeszcze opuszczonym nawet ładnym domu.
Zaparkowałam (lekcje z gale'em sie opłacały bo umiem już prowadzić!) przed domem a chłopaki wysiedli i weszli do domu. Ja usiadłam na schodach. Dołączył sie do mnie Gale.
-Coś sie stało?
-Nie tylko... całe swoje życie spędziłam w schronie... spacerowałam tylko po lasach i pobliskim mieście. Nigdy nie byłam gdzieś indziej.
-Pokaże Ci cały świat.
Spojrzałam sie na niego.
-Na prawdę?
-Tak. Obiecuję że pokażę Ci wszystkie ciekawe miejsca na świecie!
-Sama nie wiem.
-Dlaczego?
Zawahałam sie jednak odpowiedziałam szczerze.
-Boję się.
-Nie wierze! Dziewczyna która pokonała rozwścieczone chordy zombie i szkieletorów, zabiła człowieka który chciał zniszczyć świat i prawie mu sie to udało.. przechytrzyła śmierć dwa razy i uratowała świat... boi się świata? -powiedział z uśmiechem i ja też sie uśmiechnęłam.
-Z tobą.. nie będę sie bała.
Patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Nasze twarze sie zbliżały...
-Idziecie? Już polaliśmy!-otworzył drzwi Martin krzycząc.
Spojrzałam sie w jego stronę z Gale'em.
No cóż... Wstaliśmy i poszliśmy. Pierwszy raz w życiu piłam. Spodobało mi się! Po parunastu kolejkach tańczyłam pijąc piwo.



Chłopaki śmieli sie z czegoś. Nie ogarniałam ich. Podeszłam śmiejąc sie do Gale'a i zaciągnęłam go na środek salonu by tańczyć.
Po paru godzinach ledwo chodziłam ale tańczyłam nadal no i piłam!
Gale złapał mnie przerzucił przez ramię.
-Czas spać księżniczko!-powiedział i poszedł w stronę schodów.
-Ale ja nie chce spaaaać!-marudziłam.
-Ciiiii...-powiedział.
Postawił mnie w pokoju.
-Ale ja chcę tańczyć!-powiedziałam jak jakaś mała dziewczynka.
-Zoee...-powiedział z uśmiechem.
Zamknęłam oczy i rzuciłam sie do tyłu prosto na łóżko.



Nie otwierałam oczu. Słyszałam śmiech Gale'a.
-Idę do chłopaków a ty idź spać.
-Nie cee...
-Proszę...
-Sama?
-Co sama?
-Spać?
-A nie chcesz sama?
-Może?
-Może?
-Może tak?
-Noo..
-Może nie?
Zaśmiał się.
-Zoe...
-Bo nie zasnę...
Położył sie obok mnie a ja wtuliłam sie w niego. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam a kiedy obudziłam się popołudniu.. obok mnie było puste miejsce a w domu panowała cisza.

Od Ruvika

-Koniec - zapiąłem ostatnią torbę - możemy wracać
Rosi spojrzała na zdjęcia Mary które zostawiłem na ścianie, były ozdobione teraz zwiędłym już słonecznikiem.
-Na pewno chcesz to zostawić ? Oni będą tu wszystko przeszukiwać.
-Nie jestem w stanie wszystkiego stąd wynieść, co było najważniejsze wziąłem, trupy mutantów już są tak w zaawansowanej fazie rozkładu że można je pomylić z papką dawaną do jedzenia psu.
Nie znajdą to nic ciekawego co może nam zagrozić.
-Dobrze
Przeteleportowałem nas do auta, walizki rzuciłem na tylne siedzenia i włączyłem radio gdy ruszyliśmy
~infekcja została opanowana, nie istnieje już ani jedno zombie, wszystkie tereny miast zostają przeszukiwane metr po metrze aby oczyścić wszystko, miejmy nadzieje że to nie nawróci. Wyszkolony zespół nurków zaczął dwa dni temu przeszukiwać wody, w mule lub między skałami mogą kryć się trupy, trzeba wszystkiego się pozbyć choćby miało to zająć wiele czasu...
-dobrze ,że się tym zajęli - wtrąciła Rosi
-Trupy są niebezpieczne
-Wiem
-Stanowią zagrożenie biologiczne. Płyny produkowane po pęknięciu brzucha mogą przenosić zarazę, a jeśli trupa zjedzą szczury pojawią się kolejne nośniki choroby. Czasami przy poruszaniu trup ,,wzdycha", jakby ożywał, ponieważ z płuc uchodzi powietrze, przypuszczalnie  pełne zarodników epidemii.
-Wiem to Ruvik
-Wiem ,że wiesz ale chciałem pochwalić się wiedzą - lekko się uśmiechnąłem ale tylko na chwilę
Byliśmy już tylko kilka kilometrów od wynajętego domku.
-Pytałaś się może ile kosztuje kupienie tego domu ?
-Hmm.. nie pomyślałam o tym.
-Chciałbym tam zamieszkać.
-Oh ! naprawdę ? Nie wiedziałam ,że aż tak ci się podoba
-Hmm.. chcesz ze mną jechać do miejsca gdzie są moi rodzice ?
-Co za zmiana tematu, to nie jedziemy w góry ?
-Po tamtym pożarze ich nie widziałem, wiem ,że nie żyją ale też wiem gdzie są.
-Dobrze to prowadź.
Podróż nie była krótka, mieliśmy do pokonania spory kawał drogi, Rosi przysnęła na siedzeniu.
Dojechaliśmy do Mendip znajduje się tam osiem zalanych wodą wapiennych kamieniołomów.
Od dawna  nieużywane przez właścicieli oznaczone cyframi od 1 do 8, tworzą kształt podkowy. Numer 8 najbardziej wysunięty na południowy wschód czubku, niemal styka się z Grotą Nimfy, jak miejscowi nazywają system jaskiń i korytarzy sięgających daleko w głąb ziemi. Legenda mówi ,że z owego systemu tajemne przejścia prowadzą do starych rzymskich kopalni ołowiu, że w starożytności nimfy wykorzystywały tunele jako drogę ucieczki. Niektórzy twierdzą ,że przez te wszystkie dwudziestowieczne wybuchy tunele otwierają się prosto na zalane kamieniołomy.
Przy kamieniołomie numer 8 nikogo nie było. Stałem obok auta i patrzyłem na puszyste obłoki i błękitne niebo odbijające się w nieruchomej tafli zimnej wody. U szczytu kamieniołomu, na płaskiej półce, której woda jeszcze nie zalała, leżały na boku dwie stare, połączone zardzewiałą linką motorówki. Na drugim końcu ogromne szare kostki kamienia wystawały z kałuży brunatnej wody. Po ścianach pięła się budleja. Zamknąłem samochód z Rosi w środku, mocnej otuliłem się kurtką i poszedłem na brzeg kamieniołomu. W okół jego odbicia woda była granatowa.  Widziałem żółtą mgiełkę młodych roślin przywierających do krawędzi skał, a mniej więcej jakieś sześć metrów niżej jakiś niewyraźny, zdeformowany kształt. Może to głaz, zatopione pompy albo ściana kamieniołomu z niszami po wybranym materiale. Po głowie chodziła mi tylko wizja tonących ciał rodziców, wszystkich zmarłych wrzucano tu, pewnie niebawem i tu nurkowie zaczną wyławiać, dlatego chciałem od razu się z nimi jakby pożegnać.  Przykucnąłem na krawędzi i niemal niesłyszalnym ale realnym głosem przemawiałem do rodziny, a na koniec do wody wrzuciłem kwiat słonecznika.
Nie czułem żalu ale coś co musiałem zrobić aby wypełnić pustkę w duszy, ku mojemu zdziwieniu ona nie znikła.
Wyprostowałem sie i spojrzałem na wznoszące się po drugiej stronie hałdy gruzu.  Słońce schowało się za chmurą i przez jakiś czas się zdawało ,że coś ciężkiego wisi nad wodą, jakby samo powietrze pociemniało. Eh znów ktoś zabił się na tych zboczach. Kawałek taśmy policyjnej jeszcze wisiał na krzakach i zeschniętych kwiatach, które przyniosła pewnie rodzina zmarłego. Przez długi czasu w tym właśnie miejscu popełniano wiele samobójstw, aż czasami policja wysyłała nurków na dno tylko po to aby potwierdzić że samobójca faktycznie tam jest ale ciała nie wyławiali, stało się to cmentarzem zbiorowym. Samobójstwo tak działa, zawsze rozprzestrzenia się jak wirus. Ktoś skacze
z mostu i dość szybko jest to Most Samobójców,  a ludzie którzy nigdy wcześniej o nim nie słyszeli jadą całą noc, by dostąpić zaszczytu skoczenia z niego.  Taki był kamieniołom, tylko,że nikt się w nim nie topił. Siadywali na krawędzi z tabletkami i brzytwami, pewnie wpatrując się w gwiazdy i spadali do wody.
-Ruvik ?
Kilkanaście metrów za mną szłą Rosi, widocznie wstała i ruszyła mnie poszukać.
-Już kończę
-Przepraszam nie chciałam przeszkodzić..
-Nic się nie stało, wracajmy.
Jeszcze ostatni raz rzuciłem okiem na kopalnie i ruszyłem w stronę auta, po drodze otulając szyje Rosi ramieniem.
-Wszytko w porządku ?
-Szczerze to nie, myślałem że załatam wewnętrzną dziurę ale tak się nie stało.
-Hmm.. ciekawe czemu, może oni nadal żyją ?
-Ich truchła leżą na dnie zalanej kopalni
-Ej to może pochowajmy ich tak jak należy ?
Zatrzymałem się analizując to co powiedziała. Za kilka dni nurkowie będą bezcześcić te trupy wyjmując je z wody, i nie wiadomo co z nimi zrobią.
Wróciliśmy się do kamieniołomu i za pomocą magii wyławiałem trupy jeden po drugim, gdy zbliżały się do wyjścia z wody i dało radę ich rozpoznać puszczałem je, szukałem tylko trupów rodziny.
Szukałem ich jakieś pół godziny, jezioro jest głębokie na jakieś 50 barów, ale po prostu czułem w którym miejscu trzeba szukać. Po ich znalezieniu prze-teleportowałem nas na łąkę porośniętą żółtymi kwiatami rzepaku i paroma słonecznikami. Tam już doły czekały, w ostatniej chwili wpadłem na to aby zabezpieczyć je na wszelki wypadek gdyby z mojej rodziny miała ponownie urodzić się infekcja zombie. Po całym rytuale rozsypałem ziarna słonecznika na świeżo rozkopanej ziemi i wróciliśmy do auta.
-Co ty masz z tymi słonecznikami ? Przecież one w cale nie pachną
-Stare zwyczaje, po prostu je lubię.

Od Rosalie


  Obudziłam się rano. Na podłodze w samochodzie leżały szklanki i butelka whisky. Byłam wtulona w Rajana. Podniosłam się by go nie obudzić. Posprzątałam cały syf, wpakowałam to do jakiejś torebki i pojechałam drogą dalej w góry. Wynajęłam domek w górach, był widok na góry i jeziorko, było pięknie. Nie było w pobliżu innych domów, byliśmy sami. Trzeba przejść niewielki odcinek drogi by spotkać następne domy.
  Wzięłam butelkę i wyrzuciłam do pobliskiego śmietnika. Usiadłam po turecku obok Ruvika i wpatrywałam się w niego, czekałam kiedy się obudzi. Spał godzinę, a ja mogłam wpatrywać się w niego wieczność. Uśmiechałam się cały czas nie odrywając od niego wzroku. 
  Zaparkowałam samochód pod wynajętym drewnianym, średniej wielkości domkiem. W środku był piękny, zadbany i miał duże dwa pokoje i salon, a kuchnia to mogłoby być moje królestwo. Jednak zakochałam się w wielkich łóżkach, były naprawdę ogromne - to już to, za co pokochałam ten dom. 
  Ruvik otworzył oczy. Uśmiechnęłam się szerzej. 
-Długo spałem...? 
  Zaśmiałam się. 
-Nie, skąd. Od kiedy ja się obudziłam to spałeś jeszcze dwie godzinki. 
-Gdzie jesteśmy? - podniósł się zaskoczony.
-Gdzieś, gdzie będzie spokój i cisza... chciałeś mieć domek w górach, prawda? No to wynajęłam taki najdalej od ludzi, byśmy mieli spokój... no i tu są najładniejsze widoki... 
  Przytuliłam go. 
-Nie musiałaś...
-Odwdzięczyłam się jak mogłam. Też marzy mi się cisza i spokój, to jest jedyne piękne zacisze jakie mogłam znaleźć by nam obu się spodobało, a chyba tobie się podoba...?
-Jasne, że tak...
-Musimy tylko iść do miasta. Mam kartę...
-Skąd?
-Em... Mama miała dla mnie sporo oszczędności. Przekazała mi kartę w jakiś magiczny sposób... Wiesz, że tutaj jesteśmy bliżej Hogwartu?
-Jak to?
-Tamten Hogwart był stworzony przez mojego ojca specjalnie, by sprawiał wrażenie prawdziwego. Ale przecież czarodzieje młodzi, którzy się tam uczyli byli nowi, podpuszczeni przez mojego ojca... a tutaj hotelowy mi powiedział, że jest niedaleko Hogwart, odnawiają go i niedługo będzie nabór uczniów. 
-To świetnie... - szepnął.
-Chodź. Musimy zrobić zakupy, miasto jest kilka stup stąd a jak wrócimy do domu to wszystko zobaczysz! 
  Byłam podekscytowana, szczęśliwa... nigdy nie myślałam, że gdziekolwiek może być tak pięknie. Tutaj są czarodzieje, nauczyciele z Hogwartu schowali się tutaj. Utrzymywali barierę ochronną i każde zombie które tu się pojawiło zostało automatycznie zlikwidowane - spalone. 
  W mieście był mini kort tenisowy. Przechodziliśmy przez niego na spokojnie. Było tu dużo ludzi, dzieci szczególnie. Machali swoimi różdżkami śmiejąc się, było tu cudownie. Czuć było tę radość... Zero zmartwień... 
  Zakręciłam się dookoła, było tu cudownie. Nie mogło być lepiej!
-Tu jest świetnie! - przytuliłam się do Rajana. - Czasem mam dobre pomysły...
-Ten był doskonały. Dziękuję. 
  Uśmiechnęłam się szeroko i poszłam z nim do domu.W drodze pomyślałam, by zadzwonić do Zoe co i jak. 
-Hej! Jak tam, Zoe?! Wszystko dobrze? Jak Gale? Jak sprawy się mają?
-Co ty taka radosna? - zaśmiała się. - Wszystko jest dobrze, Seattle przyjęło informacje o śmierci twojego ojca, już w radiu mówią o oczyszczeniu świata z zombie i szkieletorów. Ja i Gale mamy zadanie z naszą grupą, musimy oczyścić teren a Strefa z Seattle zwinie ciała. 
-Oh, dobrze... To ja nie przeszkadzam...
-Na razie nic się nie dzieje. Gale i reszta chłopaków wygłupiają się w samochodzie i opijają sukces a ja... no co mam powiedzieć? Ja prowadzę bo oni są troszkę po alkoholu. 
-Głupki. - zaśmiałam się - A co masz zamiar zrobić po tej akcji? 
-Nie wiem... Zobaczy się... A Ty?
-Jestem z Ruvikiem w górach... jest super! Lepiej być nie mogło... jest tu tak ładnie... Jak będziecie blisko zadzwoń, poprowadzę was... może się zobaczymy?
-No pewnie, jasne. 
-Muszę lecieć, zadzwoń później. Pa!
  Poszłam z Rajanem do domu. Weszliśmy po ładnie oświetlonych schodach, dom wyglądał jak z bajki, był piękny. Kwiaty były takie bajkowe, śliczne. Były obok schodów i prowadziły do drzwi domu. Zbliżał się zachód słońca. 
-Mam nadzieję, że w środku ci się spodoba. Przeleciałam cztery domy ale ten był najlepszy. Wiem, wiem... mamy wracać do szpitala... Jutro pojedziemy i może tu wrócimy? Jeśli będziesz chciał. 
  Uśmiechnęłam się a kiedy spojrzałam na dom zaparło mi dech w piersiach. 
  Pomarańczowo-żółte promienie słońca idealnie oświetlały dom. Drewno pięknie wyglądało gdy było oświetlone w ten sposób. Było cudownie, nigdy nie widziałam piękniejszego widoku. Moje słowa zaraz odwołałam, za domkiem były góry, tam dopiero było cudownie. Pod wpływem promieni słonecznych góry wyglądały jak lody o smaku brzoskwiniowym z bitą śmietaną na górze. 
  Weszliśmy do domu, obejrzeliśmy wszystkie pomieszczenia. Podobało mu się tu, taką miałam nadzieję. 
-Zostajemy tu na noc, czy jedziemy do szpitala? - spytał.
-Ty decydujesz. 
-Ty też. 
-Tym razem Ty zdecydujesz co i jak. - powiedziałam stanowczym tonem co zabrzmiało jak prośba małej dziewczynki. 
  Zaśmiał się.
-Jutro rano pojedziemy. 


  No i jak powiedział tak było, rano byliśmy w drodze do szpitala. 
-Wrócimy tam, prawda?
-Zostawiliśmy tam rzeczy, pewnie, że wrócimy. 
  Dojechaliśmy dość szybko do szpitala.Mury strefy były burzone wraz z nędzną podróbą Hogwartu. W mieście byli już ludzie. Mnóstwo dzieci... Miasto było posprzątane, jak gdyby nigdy nic się tu nie stało. Widzę, że Strefa ze Seattle zrobiła swoje doskonale wraz z Zoe i jej grupą. 
  Wysiadłam z samochodu patrząc na szpital. Już ludzie ze Seattle stali pod bramą. 
-Co robimy? - spytałam Rajana szeptem.
-Chodź. - pociągnął mnie za rękę. - Przepraszam, co wy robicie?
-Musimy oczyścić teren. 
  Odeszłam od Ruvika dyskutującego ze strażnikiem i podeszłam od tyłu do dziewczyny trochę podobnej do mnie, zagarnęłam jej wejściówkę, czy cokolwiek to było i podeszłam znów do Ruvika. 
-Przepraszam, że przeszkodzę, ale ja mam tu wejście. 
  Rajan spojrzał na mnie jak na szaleńca. 
-Co ty robisz, Rosie? - szepnął mi do ucha. 
  Uśmiechnęłam się lekko tylko tak, żeby on widział. 
-Mam wejściówkę. - zachowałam powagę i podałam strażnikowi kartę. 
-Hm... Ma pani racje... - zmierzył mnie i pozwolił wejść. - Ale on nie.
-On przede wszystkim, proszę pana. - powiedziałam stanowczym głosem.
-Macie dwadzieścia minut.
  Wpuścił nas a my weszliśmy do szpitala jak do siebie. Zaśmiałam się gdy byliśmy sami.
-Oszalałaś?!
-Przecież zadziałało! - wybuchnęliśmy śmiechem. 
  Schowałam wejściówkę do spodni z tyłu i poszliśmy wgłąb szpitala. 
  Gdy Ruvik sprawdzał pomieszczenia, ja chodziłam z nim. Nie mogłam go zostawić, chyba, że poprosi mnie bym zostawiła go samego... Spojrzał na zdjęcie Marry. Przegryzłam wargę i stanęłam na przeciwko niego. 
-Już dobrze. Wiesz, że jej dusza na pewno jest w lepszym miejscu. 
-Na pewno... 
-Chodźmy. Nie mamy dużo czasu, strażnik ostrzegał, że mamy tylko dwadzieścia minut.
  Spojrzałam na niego. 
-Tak, tak... masz rację. 
-Co chcesz tutaj zrobić?
-Pożegnać się z tym miejscem... zobaczyć, czy coś jeszcze możemy stąd wziąć...
-Możemy się teleportować do samochodu, nie ma tu już bariery blokującej. 
-Tak?
-Tak, zobacz...
  Uniosłam rękę i rozpaliłam mały promyczek ognia, w kilka sekund zgasł, bo ja nie umiem utrzymać jeszcze takiej mocy bez różdżki. Mogę bez niej tylko leczyć... No i coś nowego... - zamienić się z kimś ciałem. Może być to wyimaginowana istota, może być to duch, może być to coś czego nie widzę. Mama mówiła mi, że ja nie panuję nad tym co się dzieje. Skoro mam więź z Rajanem... to dobrze... Na razie mamy piętnaście minut na bycie w tym psychiatryku. 

Od Ruvika

Pijąc wodę w oczy rzucił mi się uśmiech Rosi, nie uważałem takich emocji za jakieś wyróżnione ale ona pięknie się uśmiechała, obraz ten utknął mi przed oczyma na parę sekund. 
-Twój uśmiech 
-Co z nim ? 
-Jest piękny, taki szczery mimo tylu przejść 
-Wszystko wraca do normy mam powód do radości 
-No fakt... ale to dziwnie jest między nami.
-Ym.. czyli jak ?
-Nigdy nie miałem lepszej przyjaciółki, dawno nie mieliśmy chwili dla siebie. 
Z ust Rosi zniknął uśmiech i jej wzrok powędrował gdzieś na podłogę 
-Widocznie nie było czasu.
Przeteleportowałem się na krzesło obok Rosi i przytuliłem ją. Jej włosy wpadały mi do ust i do oczy gdy tylko na chwilę je otwierałem. Pachniała bzami, lubię bez, dobrze mi się kojarzy. 
-Czas to nadrobić. 
Po tych słowach wstałem i zaciągnąłem Rosi do auta, nie stawiała oporu, śmiała się niemal na cały głos. Wsadziłem kluczyki do stacyjki i przekręciłem. 
-Dokąd jedziemy ? - spytała z pełnym uśmiechem 
-Nie musisz wiedzieć
-Ale jak chcę ? 
-Nie wolisz niespodzianki ?
Przygryzła dolną wargę trochę za bardzo, nie był to gest pociągający. Usiadła z nogami na siedzeniu, trzymając się rękoma pod kolanami. 
-Wrrr... wygrałeś 
-Ja zawsze wygrywa, - uśmiechnąłem się i kantem oka spojrzałem na nią 
-Osz ty, jakbym chciała to byś nigdy ze mną nie wygrał 
-Tak sobie wmawiaj
Od dawien dawna nikomu nie puszczałem oczka dziś zrobiłem to perfekcyjnie jakbym był zawodowcem. Hah ! zawodowiec w puszczaniu oczka, jest w ogóle coś takiego ?
Samochód zaczął wibrować pod wpływem małych żwirowych kamieni pod kołami. Wjechaliśmy na trasę widokową, Auto zaparkowałem tak aby było z niego widać to co najlepsze, a mianowicie szczyty gór. Rosi nic nie mówiła, podziwiała widoki i zastanawiała się pewnie po co to wszystko, ale prawda jest taka że ona nie jest mi obojętna, muszę czasami coś dla niej zrobić. 
-Rosi ? 
-Tak Rajan ? 
-Otwórz schowek. - Rajan ? Dziwne że zaczęła mówić moje pełne imię 
Rosi skierowała najpierw wzrok później głowę na schowek,lekko zapiszczał, bez problemu zauważyła w nim to co dla niej przygotowałem, na widok tego odrazu uśmiech pojawił się na jej twarzy. Wyjęła butelkę whiskey. 
-Pijak - zaśmiała się otwierając cenzurę z butelki, zwinęła się w równą spiralę. - a geniusz wie że whiskey lepiej smakuje z lodem ? 
-Tak jest w schowku, w tej czerwonej torbie po warce. 

Miło spędziliśmy jakieś 4 godziny pijąc whiskey w aucie, wiele się o sobie dowiedzieliśmy nowego, nawet na pewno więcej niż pamiętam do tej pory bo chyba trochę nam się film urwał, wiem że było miło. 
-Ej Rajan, piękne są te góry no nie ? - wskazała szczyty ręką w której trzymała szklankę, język trochę bardzo jej się plątał. 
-Ej uważaj bo wylejesz - lekko uniosłem głos 
Rosi pokręciła szklanką i dopiła resztę, po czym odwróciła ją do góry dnem.
-Ale Rajanie tu nic nie ma - zaśmiała się i położyła mi się na ramieniu. - Chcę zdobyć szczyt gór 
-Naprawdę chcesz ? - spytałem dopijając swoją porcję 
-Tak, fajnie by było, albo... ej tam jest zimno ? 
-No tak trochę
-To nie chcę, oooo zdobyć szczyt ciepłej góry ! Ale żeby się dziadówa nie okazała wulkanem
Pod wpływem alkoholu chyba zasnąłem bo dalej nic nie pamiętam. 

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Od Rosalie

  Uśmiechnęłam się i jechałam szybko, byle jak najdalej stąd. Nie powinniśmy się zatrzymywać... Nie tutaj, nie teraz. 
-Nie możemy chodzić tam, gdzie krew...
-Wiem, że cię to przeraża, przepraszam...
-Nie to, że przeraża... - zamilkłam. 
  Nie chcę mówić mu o tym, co mi się przydarzyło. Martwe zwierze czy martwi ludzie to pikuś, w SB było tego pełno. Chodzi o to, że mam jakąś specjalną więź z moją matką, ale większą mam z Rajanem. Widzę lub słyszę różne rzeczy których albo nie powinnam widzieć... albo słyszeć. Myślę, że moja mama maczała w tym palce. 
  W szpitalu poprosiłam, a raczej zażądałam najlepszego lekarza w tym szpitalu. Podszedł mężczyzna, wysoki, około trzydziestki. Przystojny blondyn. Ja z miną obrażonej dziewczynki wskazałam na Rajana. Lekarz spojrzał się na mnie dziwnie... jakby... chciał... 
     Nie. Mam za dużą wyobraźnię. 
-Co panu dolega?
-Zemdlał nagle kiedy byliśmy w drodze. - wtrąciłam - Nie wiem co mu jest w każdym razie chcę żeby pan go zbadał. Głowa itp... 
-Spokojnie Rosie. 
-Skąd zna pan moje imię? - zdziwiłam się tak jak i Rajan. 
-Słyszałem. 
-Od kogo niby? Przepraszam, ale skąd pan...
-Może pani wyjść? Chciałbym porozmawiać sam na sam z pacjentem.
  Parsknęłam i wiedziałam, że to była tylko wymówka żeby się nie zaplątać. Skąd znał do cholery moje imię? Skąd?! Czy może znał moją mamę...? 
  Drzwi jego gabinetu były uchylone. Weszłam przez szparę, byłam dość chuda by się przecisnąć przez nią. Potem schowałam się za zielone szpitalne zasłonki. Wychyliłam się i obserwowałam wszystko. 
-Jest pan zdrowy, nic nie widzę...
-Skąd pan zna jej imię?
-Ech... Jestem Thomas Scott. Ona mnie nie zna, miała mnie nigdy nie poznać... 
-Chodzi panu o Rosie, tak?
-Tak. To ona była córką Elizabeth, jej matki... No, ale także i moją córką. Gdy jej mąż dowiedział się o naszym romansie zabił ją, a potem ścigał mnie. By wykończyć nas, chodzi mi tu o czarodziejów... wywołał epidemię, zapłacił sporo naukowcom, wszystko zaplanował. Rosalie miała się o tym nie dowiedzieć...
  Zrobiłam hałas zahaczając nogą o metalowe krzesło bujane, które się prawie wywróciło. Chciałam tylko wyjść, a zdradziłam swoją pozycję. Zawsze niezdara...!
  Gdy mnie zauważyli uciekłam gdzieś, wybiegłam na tył szpitala przebijając się przez tłum ludzi. Usiadłam na schodach, po chwili namysłów pojawiła się koło mnie moja mama. 
-Czemu mi nie mówiłaś?
-Chciałaś mieć normalne życie. Wiedziałam, że tak chciałaś. 
  Spuściłam wzrok a ona szepnęła.
-Spójrz na mnie, córeczko. 
  Podniosłam wzrok na nią, a ona tylko się uśmiechnęła.
-Jesteś piękna. Moje słoneczko. - przytuliła mnie delikatnie. 
-Mamo, czy ty... w jakiś sposób nas połączyłaś?
-Ze mną byłaś połączona od urodzenia. Nie miałam na to wpływu. Gdy umarłam tydzień później więź się złamała, a teraz widzę kto jest dla ciebie całym światem...
-Kto?
-Wiesz.
-Połączyłaś mnie z Ruvikiem?
-Nie. Sama to zrobiłaś nieświadomie. Jesteś czarodziejem - po mnie. Nie wiesz co jak i kiedy robisz, wiem, że on ci pomoże nad tym zapanować, ale zaklęcie wiążące nie jest łamliwe gdy rzuci się je nieświadomie. Ze mną nadal masz minimalną więź, dlatego mnie widzisz. 
-Czyli, że kiedy...
-Są różne rodzaje zaklęć wiążących, Rosie. 
-Jakie rzuciłam ja? 
-Widzę białą otoczkę wokół ciebie i wokół niego. Biała oznacza, że... gdy on umrze umrzesz też ty. 
-Jak mogłam to rzucić nieświadomie?
-Nie wiem. Niezbadane są zaklęcia rzucane nieświadomie, jak mogłaś to zrobić... tego nie wie nikt. Wiesz to tylko ty, tam w środku. 
  Zniknęła, a ja poszłam znaleźć Rajana. Gdy go zobaczyłam przytuliłam się do niego i poprosiłam, byśmy stąd odjechali. 
  Jestem tak bardzo zagubiona, że nie wiem jakie zaklęcia rzucam... Dziwne... Moja mama czuwa nade mną... jest moim aniołem. Kocham ją za to, że nawet po śmierci mnie nie opuściła. 
  Pojechaliśmy do mojego domu, musiałam wziąć parę rzeczy do szpitala. 
-Nie możesz tam ze mną iść.
-Nie mogę, ale muszę. Nie zostawię cię. 
  Westchnął i poszedł ze mną do domu. 
-Coś do picia? 
-Wodę. 
  Podałam mu kubek z wodą i sobie wzięłam to samo by nie tracić czasu na robienie herbaty czy kawy. 
-Podsłuchiwacz. - rzucił w moją stronę a ja się zaśmiałam.
-Daj spokój... Przepraszam, chciałam wiedzieć co mnie z nim łączy. 
-I patrzył się na ciebie, jakby chciał cię...
-Wiem, wiem... - szepnęłam. 
-Nic ci przy mnie nie grozi.
-Wiem to doskonale. Dziękuje. 
  Wiele razy dziennie sobie dziękowaliśmy. Za różne rzeczy. Rozumieliśmy się czasem bez słów... cieszę się, że go mam. Mama wiedziała doskonale, lepiej ode mnie... że on jest dla mnie teraz całym światem... 

Od Ruvika

Po tylu latach była nadzieja na powrót do normalnego życia, ale czy to jest w ogóle możliwe?  Czy wszyscy zapomną o tej traumie? Wielu pewnie postrada zmysły inni będą mieli co wspominać. A czy dzieci i starcy znajdą nowy dom? czy raczej  będą wieść bezdomne życie, zaraza zabrała wielu domy,mi tez. Zapewne właściciel ziemi psychiatryka albo ktoś będzie chciał odkupić ją a ja nie będę miał nic do powiedzenia. Gdzie ja się po tym wszystkim podzieje?  Ten szpital to wszystko co mam, nienawidzę go ale tez nie chce go stracić, marzę o jakimś mieszkaniu w górach.
-o czym tak myślisz?  - spytała Rosi wygrywając mnie z zamyślenia.
Chwyciłem mocniej kierownicę auta i po chwili odpowiedziałem
-gdzie zamierzasz pójść po tym wszystkim? 
Nastała dłuższa cisza, Rosi w tym momencie chyba dala się porwać rozmyśleniom tak jak ja chwile wcześniej.
-do domu?  Nie wiem... a ty? 
-nie wiem, pewnie za kilkanaście lat gdy poukładasz sobie życie kiedyś się spotkamy, ty ułożona kobieta a ja jakiś przyczłap bez domu, psychiatryk długo nie będzie mój.
-wiesz... w sumie,  dom mam duży, jak chcesz.. to możesz zamieszkać ze mną
-było by dobrze, tylko nie mam pomysłu jak się odbić a nie chce ci długo zawracać głowy.
-podobno masz jakieś oszczędności
-no mam ale na tej karcie jest malo, miałem drugą ale zginęła.
-nie ma co się rozczulać, zamieszkasz u mnie a dalej jakos to bedzie - zmieniła ton na stanowczy, od razu rozwiała nim mętna aurę. A tak w ogóle po co chcesz jechać do szpitala ?
-Poukładać sobie to wszystko, będę tam mieszkał puki mogę, odwieść cię do domu ? Zapomniałem się spytać, przecież masz gdzie wrócić.
-Hmm... nie, wole pojechać z tobą. O! pomożesz mi ogarnąć dom ! 
-Dobra, ale potem.
-Ruvik! Tam jest krew, wcześniej jej tam nie było, a miało być już normalnie - Rosi rzuciła się na szybę  
Zatrzymałem auto i bez słowa poszedłem to sprawdzić, krwi było dość sporo, idąc jej śladem dotarliśmy do kozy, była wpół zjedzona.
 
-Fuuu... chodźmy stąd, widok martwego człowieka już mnie tak nie boli jak widok martwego zwierzęcia, przecież ono jest niewinne. Biedactwo... - powiedziała Rosi z daleka przyglądając się ciału. 
Zignorowałem kozę, mój wzrok przyciągnęło coś bardziej interesującego tyle ,że było to daleko.
-Chodź Rosi , coś tam jest. 
-A auto ? 
-Faktycznie - rzuciłem jej klucze i wskazałem namiot stojący za drzewami około pół kilometra dalej - tam nim podjedz ja sie trochę tu rozejrzę.
Rosi nie pytając o nic więcej posłuchała mnie i znikła za drzewami. Musiała jechać dłuższą drogą ponieważ drzewa uniemożliwiały jej przejazd przez las. 
Na miejscu byłem pierwszy, wszędzie unosił się smród zgniłych ciał.
-Co tu się stało ? O ile wiem zombie nie wieszało ludzi... 
Nagle wisielce ożyli i przeraźliwie krzyczeli, wołali o pomoc, błagali, następnie zmienili się w zombie i szkieletory, zeszli z drzew i ruszyli w moją stronę, mgła w zastraszającym tempie się zagęściła i miałem praktycznie zerową widoczność, niebo, poczerniało i zebrało się na burze, grzmoty piorunów jeszcze bardziej podkręciły atmosferę. Po chwili trupojady zatrzymały się a zza nich wyszedł... Ja ? Jak to ? Było to coś kim byłem ja do niedawna. Szedł spokojnym krokiem co metr teleportując się o trzy a gdy doszedł do mnie, nagle pojawiłem się w psychiatryku. 
 
On stał zaraz przede mą, przyglądał mi się z kamienną miną. 
Dotknął całą dłonią moje czoło i tym razem byłem w sali laboratoryjnej, sam, nie widziałem go w pobliżu. 
Na jednym ze stołów stała mocno przytwierdzona głowa ludzka, nie zombie. Mamrotała pod nosem coś, czego nie rozumiałem, czułem tylko żal i smutek wychodzący z jej ust. 
O co tu chodzi ?
Odwróciłem ją w moją stronę i przyłożyłem ostrożnie ucho do jej ust .
-Czemu nam to robisz ? Jestem w ciąży, gdzie moje dziecko ? Gdzie dziecko, gdzie ? 
Łzy z jej oczu płynęły strumieniami, była mocno zrozpaczona, chciałem jej jakoś pomóc ale wiem żę sie już nie da, dlaczego myśli że ja to zrobiłem ? to nie prawda...
Nagle kobieta z zrozpaczonej zamieniła sie w zombie, udało jej się ugryźć mnie lekko w ucho, krwawiłem ale to nic. Wszystko zaczęło wirować miałem dwie wzajemnie przerywające się wizje w głowie, na jednej siedziałem w fotelu elektrycznym na drugim w aucie z Rosi, każda trwała po kilka mili sekund aż zemdlałem i ocknąłem sie w aucie, Rosi prowadziła. Leniwe podniosłem się z tylnego siedzenia samochodu. 
-Rosi ? Gdzie jedziemy ? 
-Uf Ruvik nie strasz, co się stało ?
-Nic takiego, słabo mi się zrobiło.
-Dobrze, jedziemy do szpitala tam odpoczniesz i w ogóle.
-Dobrze..Rosi ? 
-Tak ?
-Dzięki ,że jesteś.

niedziela, 28 czerwca 2015

Od Zoe

Śniłam. Byłam z moja rodziną. Tak bardzo tego chciałam. Bardziej niż żyć a do śmierci w ostatnich czasach mało mi brakuje. Jak siedziałam sama w schronie.. byłam bezpieczna nie walczyłam.. a teraz? Prawie drugi raz umarłam! Ale.. Poznałam wspaniałych ludzi za których mimo iż znam ich niedługo byłabym w stanie oddać życie.

***

Minęły dwa dni. Dochodziłam już do siebie. Rosa z Rajan'em mieli jechać przed siebie.
-Może chcesz do nas dołączyć?-zapytała mnie Rosa która stała sie dla mnie jak siostra.
-Nie mogę. Tam jest moje miejsce.
Przytuliłyśmy się po czym wsiadłam z Gale'em do samochodu i odjechaliśmy. Musieliśmy powiadomić ludzi o tym że epidemia minęła. To będzie ciężkie do zrobienia. W stafie bezpiecznej nie jesteśmy za bardzo mile widziani.
-Prześpij się.-powiedział.
-Nie potrzebuje snu. Jestem wystarczająco wypoczęta.
-No nie wiem. Nie wyglądasz najlepiej.
-Dzięki!-zaśmiałam się.
Rose wyleczyła mnie jednak nadal rany bolały. Mimo to trzymałam się jakoś. Musiałam.

Kiedy przejeżdżaliśmy obok lasu w którym mieszkałam poprosiłam go by skręcił.
-Gdzie chcesz jechać?
-Proszę.
-No dobrze.
Prowadziłam go do wodospadu gdzie w jaskini była pochowana moja rodzina. Zaparkował i wysiedliśmy. Nie przeszkadzało mi to ze szedł ze mną.
-Gdzie idziemy?
-Do mojej rodziny.
Więcej już nie pytał. Kiedy dotarliśmy na miejsce zatrzymałam się.



W tym miejscu wszystko było cały czas takie samo. Usiadłam przy grobach.
-Jak zginęli?
-Pewnej nocy.. do schronu wdarły sie szkieletory. Spałam kiedy zaatakowały. Tata zginął w obronie mamy i moich braciszków. Kiedy zaciekawiona nagłym hałasem wyszłam z pokoju. Zobaczyłam biegnących w moją stronę braci. mama strzeliła w stronę szkieletora który ich gonił. Zawrócił i na moich oczach ja zabił. Paul pociągnął mnie i Ewana który miał wtedy 8 lat. Pobiegliśmy do kuchni. Zabarykadowaliśmy drzwi i weszliśmy do małego tunelu awaryjnego. Ewan szedł przodem a ja za nim. Paul miał już wchodzić kiedy drzwi się otworzyły i wpadły dwa szkieletory. Pozbawiły go życia. Miałam po niego wracać.. uratować go jakoś ale Ewan mnie powstrzymał. Przy wyjściu z tunelu kiedy Ewan już wyszedł dorwały go kolejne bestie. Przez parę dni siedziałam w tunelu sama, osierocona w wieku 15 lat. Sama ich pochowałam i od tamtej pory byłam sama.
-Już nie będziesz.-powiedział i przytulił mnie.
Po paru minutach wyszliśmy i pojechaliśmy powiadomić wszystkich o końcu epidemii. Wreszcie ludzie będą mogli wrócić do swoich domów.

sobota, 27 czerwca 2015

Od Rosalie

  Rano siedziałam w pokoju i trzymałam rękę powoli zaciskając w pięść. Tym sposobem powoli leczyłam swoją ranę na plecach. Lustro z tyłu i z przodu pozwoliło mi widzieć czy daje to jakiś efekt. Przez trzy dni szkoliłam swoje umiejętności i wychodziło mi to. Jednak nie ruszyłabym bez pomocy Ruvika... On mnie nauczył tego wszystkiego, jak panować nad sobą. Moja umiejętność może wymknąć się spod kontroli i sama o sobie decydować. Czasem ćwiczyłam sama choć Ruvik mi zabraniał robić cokolwiek bez jego obecności. Byłam początkująca - nic nie wiedziałam co mogę robić, czego nie i co to daje. Mogłam też podpalać coś, ale do tego jeszcze daleka droga... tak mi powiedział Ruvik. 
  Byłam z nim związana, przynajmniej ja to czułam. Czułam, że jest dla mnie teraz wszystkim. Nie spuszczaliśmy się z oczu. Taki mieliśmy układ, ja go wymyśliłam - oczywiście, że ja. Kto inny? On by tego nie zaproponował. Ja jednak boje się, że go stracę... Czy to aż takie dziwne...? Znów uczę się czuć na nowo. Przez epidemię nic nie czułam, zamknęłam w sobie uczucie itp... dzięki Ruvikowi to się zmienia. Gdyby nie on byłabym inna... w ogóle gdyby nie on... nie było by mnie tutaj. 
  Wszedł do pokoju a ja spojrzałam na niego. Cholera. Nakrył mnie. 
  Nakrył mnie... jak to brzmi...
-Mówiłem Ci, nie rób tego sama. 
-Przepraszam... - szepnęłam. - Już nie będę, obiecuje. 
-Coś nie tak?
-Nie. Nic...
-Zbieraj się.
-Co takiego? - spytałam zaskoczona - Myślałam, że tu zostajemy... 
-Nigdzie nie wyjeżdżamy. Chodź ze mną.
  Wstałam i poszłam za nim. Wsiedliśmy do samochodu, ja tylko nie wiedziałam o co mu chodzi.Mówił, że to niespodzianka gdy pytałam się gdzie jedziemy. 
-Jesteśmy. 
-Ale to jest... to jest las... 
-Jesteśmy dalej w Seattle. To nie las, tylko mini park. Nie bój się. Chodź. - wyciągnął do mnie rękę. 
  Ruszyłam za nim tuląc się do jego ramienia. Wyglądałam jak mała przerażona dziewczynka która poznaje świat. Bo w sumie poznawałam ten świat. Epidemia trwa dobre kilkanaście lat... To dla mnie nowość i tyle czasu w schronieniu, w zamurowanym schronie obawiając się lasów... co miałam sobie tak wejść bez obaw? Nadal mam to w głowie. Dobrze, że Ruvik jest przyzwyczajony do lasów...
-Gdzie idziemy?
-Zamknij oczy.
-Ale...
-Zamknij oczy. - powtórzył i wykonałam prośbę.
  Liczyłam kroki. 
  ... dwanaście... trzynaście... 
-Ile jeszcze? 
  Zaśmiał się i po dwóch sekundach milczenia powiedział wyczekiwane ''już''. Otworzyłam oczy i zaniemówiłam. Byliśmy na tarasie widokowym. Ukazywał piękno Seattle z innej perspektywy. Uśmiechnęłam się. 
-Pięknie tu... - szepnęłam. 
-Wszystkiego najlepszego. 
-Co? - odwróciłam się do niego.
  Ach! No tak! Mam dzisiaj urodziny... Jak mogłam zapomnieć, że się urodziłam?
-Skąd wiedziałeś?
-Rozmawialiśmy kiedy mamy urodziny w szpitalu psychiatrycznym, pamiętasz?
-Nie zapomniałeś...?
-Ja nie. 
-Wow... Dziękuję... - przytuliłam go. 
  Po godzinie siedzenia na tarasie i wygłupiania się nie mieliśmy ochoty stąd iść. Potrafił mnie rozśmieszać, udawało mu się to bez problemów. 
-Dziękuję... tak strasznie Ci dziękuję, Ruvik... - podeszłam do niego. 
-Nie ma za co. To są twoje urodziny. 
-Zapomniałam nawet, że się dzisiaj urodziłam. 
-Ja Ci przypomniałem. - uśmiechnął się. 
-Cieszę się, że tu jesteś. 
  Kilka kolejnych minut siedzieliśmy w milczeniu. Oparłam głowę na jego ramieniu... Nie mogło być lepiej... pierwszy raz od dawna obchodziłam swoje urodziny... pierwsza osoba, która o nich pamiętała. Ja pamiętałam przez pierwsze lata, a potem... ruszyłam śladem za innymi którzy olewali to, że Rosalie się urodziła właśnie dzisiaj. Ruvik pamiętał...
-Chodź, Rosie. 
-Uwielbiam jak zdrabniasz moje imię. - uśmiechnęłam się lekko. - Już do domu...? - zasmęciłam.
-Nie.
-To gdzie? 
-Kolacja. 
-Nie mówisz poważnie... - spojrzałam na niego zaskoczona - O... Mówisz poważnie. - zauważyłam jego uśmiech i od razu go poznałam.
-Chodź. 
  W samochodzie włączyłam radio. Leciała piosenka Christiny Aguilery - Hurt. Pod nosem zaczęłam ją śpiewać. Widziałam kątem oka jak Ruvik się uśmiecha i nasłuchuje. 

  Kolacja, nie powiem, - była fantastyczna. Restauracja była równie świetna. Skąd on miał na to kasę - pominę. I w ogóle skąd znał to wszystko. Te miejsca - szczególnie taras widokowy. Nie zastanawiałam się nad tym - było cudownie. 

  W nocy miałam sen, raczej koszmar. Widziałam swoją mamę która w spowolnionym tempie jest rozstrzelana przez wojsko. Mój ojciec zażyczył sobie, że moją matkę zastrzeli ostatnią. Ja stałam za murem i obserwowałam co robi mój ojciec. Mama prosiła go, by tego nie robił. Chciała się ze mną zobaczyć... prosiła o to. Jednak ojciec powiedział, że jest wiedźmą i za to trzeba płacić, że zlikwiduje jej moc i wszystkich czarodziejów... Obudziłam się z krzykiem. Potem usłyszałam Ruvika. 
  Poszłam do niego, do salonu. Tam siedział. Ja byłam we łzach, chciałam się do niego przytulić... mam przecież... mam przecież Ruvika - to była szczera prawda z którą było mi dobrze. Nie zamieniłabym teraz Ruvika na nic innego. 
-Co się dzieje? - spytałam i zobaczyłam go na kanapie. 
  Miał czerwone oczy, zaszklone. 
-Miałem koszmar... taki... realistyczny... Moja rodzina... Ja...
  Padłam obok niego i przytuliłam się do niego. 
-Też mi się to... śniło... - pociągałam nosem. - Mamy siebie nawzajem... - znów zaczęłam płakać, a on przestał. 
  Jak na zawołanie uspokoił się i spojrzał na mnie. Wziął moją twarz w swoje dłonie i kazał mi na siebie spojrzeć.
-Masz racje. Mamy siebie nawzajem. Nic Ci tu ze mną nie grozi. To był tylko sen. - przytulił mnie a ja westchnęłam. 
-Wiem... Wiem... - szepnęłam i wtuliłam głowę w jego klatkę piersiową. 
-Już dobrze, Rosie... 
  Jego spokojny ton, to, że mówił do mnie zdrobniale... to, że jest... pomagało mi to. Cieszyłam się, że go mam. Nic bez niego bym nie zrobiła, najchętniej zabiłabym się... gdyby nie jego bliskość i obecność... 
  
  Zasnęłam w jego objęciach, on również spał. Gdy się delikatnie poruszyłam on otworzył oczy. Zadzwonił mój telefon, ale odebrał Ruvik. Kiwnęłam głową, by to zrobił.
-Słucham? ... Jak to ranna? ... Gdzie jest? ... Wieczorem tam pojadę. 
  Rozłączył się.
-Kto ranny?
-Zoe. 
  Zerwałam się i zaczęłam drapać nerwowo swoje dłonie. Miałam je całe podrapane, to jest mój odruch w stresie czy coś. 
  Ruvik złapał moje dłonie i spojrzał mi w oczy. Znów moje się zaszkliły. 
-Będzie dobrze, nic jej nie jest. Rozumiesz? Pojedziemy po nią. Uciekła, zabili twojego ojca i całą resztę naukowców. 
-To dobrze... - szepnęłam i wtuliłam się znów w niego. 

  Wieczorem wyruszyliśmy. Siedzieliśmy w samochodzie, ja zaczęłam się martwić.
-Co jak znów... jak znów kogoś stracę... jak coś jej się stanie... - zaczęłam się trząść. 
-Będzie dobrze. Rosie, musisz myśleć, że żyje. Na pewno żyje. 
-A co jeśli nie? Wiesz, że coś w lesie mogło ją... no... wiesz... - nie mogłam przepuścić myśli, że coś jej się stało. 
  Ruvik nic nie powiedział. Milczał. Wiedział, że lepiej nic nie mówić. I wiedział, że może nie żyć.
-Jedźmy już...
  Całą drogę przespałam. Skuliłam się na siedzeniu myśląc nad tym, co może się stać z Zoe. Gdy się obudziłam o tym myślałam, oczywiście. Sen nie pomógł, spałam ledwo godzinę, czyli akurat na krótko przed przyjazdem pod lasem, gdzie miała być Zoe. Tak mówił podobno Gale. Znał te lasy. Wiedział, że Zoe również je zna i wie jak wyjść na drogę. Zoe wiedziała również, że na pewno po jej ucieczce Gale powiadomił nas byśmy podjechali po nią. Zabrali w bezpieczne miejsce a potem Gale sam ją odbierze. W Seattle wszystko ma się zakończyć, a potem start z normalnym życiem. Pójdziemy do Strefy Głównego Zarządzania w centrum miasta by powiadomić o zlikwidowaniu gniazda rozprzestrzeniania się zarazy. Tam pójdzie Gale i Zoe. Powinni to być oni. Ja i Ruvik myślę, zakończyliśmy ten rozdział. Chcemy żyć normalnie. Pójdę za Ruvikiem wszędzie, jeśli... jeśli on będzie tego chciał. 
  Zaczęło się rozjaśniać, deszcz przestał padać i gdy było widno,zauważyłam Zoe.
-Nie wysiadaj. - powiedział - Nie wysiadaj, rozumiesz? 
-Ale... 
-Nie ryzykuj. Jesteśmy na leśnej drodze... Rosie, nie wysiadaj. 
-Proszę... Nic mi nie będzie. Jest jasno... proszę...
-Ja wysiądę, ale ty zostaniesz, jeśli cię o to poproszę?
  Wysiadł a ja za nim.
-No jasne, że nie. - mruknął pod nosem z lekkim uśmiechem. 
  Zoe była w ciężkim stanie ale trzymała się. Była najtwardszą laską pod słońcem. 
  Podbiegłam do niej. Obejrzałam ją a Ruvik pomógł jej wsiąść do samochodu. Wyjęłam z bagażnika apteczkę i rozłożyłam na tylnym siedzeniu.
-Nic mi... nie jest... Jestem zmęczona...
-Cicho... Cicho Zoe, zaraz będzie Ci lepiej... 
  Ruvik był skupiony, spokojny, opanowany. Patrzył na drogę i szybko pędził do celu - do Seattle. 
-Masz tu ranę po kuli... Boże... Wyjęłaś kule?!
-Po drodze... 
-Ty jesteś pokręcona... - szepnęłam nie przerywając dezynfekować i bandażować ran. 
  Potem zasnęła, odpoczywała. Wykorzystałam jej nieuwagę i przyłożyłam dłonie do ran, skupiłam się, wyłączyłam umysł, robiłam wszystko zgodnie z poleceniami i nauczaniem Ruvika. Otworzyłam oczy - poszło jak po maśle. Miała trzy rady, każda po kuli. Jedna w udzie, druga w okolicach brzucha a trzecia... ramię. Wszystko udało mi się zasklepić i ładnie uleczyć, będzie ją boleć parę godzin gdy się obudzi... Przytuliłam ją i zostawiłam na tylnym siedzeniu, wróciłam na siedzenie pasażera do Ruvika. 
  Pocałowałam go szybko w policzek. Zaskoczony spojrzał na mnie a potem znów na drogę.
-Za co to? - spytał.
-Za to że jesteś, za to co dla mnie robisz... dziękuję. - szepnęłam i zadzwoniłam do Gale'a. Powiadomiłam o tym, że Zoe jest bezpieczna, że siedzi w aucie i jesteśmy zaraz w Seattle. 
  Gdy Zoe dojdzie do pełnej sprawności co zajmie jeden dzień... góra dwa... pójdą do SGZ by poinformować o zakończeniu epidemii... ludzie wrócą do miast, do domów, do świata. Znów będzie normalnie... A Hogwart znów zacznie istnieć... Wszystko zaczynało się układać. 

czwartek, 25 czerwca 2015

Od Zoe

Samochody sie zatrzymały a ja wysiadłam. 
-Jak się otworzą drzwi szybko wjeżdżajcie. -powiedziałam.
Otworzyłam właz i weszłam do środka.
Musieliśmy sie przygotować do walki. Stwierdziłam więc że najlepszym miejscem na to będzie mój dom czyli stary bunkier wojskowy ukryty pod ziemią w lesie. 
Weszłam do środka i skierowałam sie do garażu. Dawno drzwi wjazdowe nie były otwierane. 
Otworzyłam je. Pierwsze otworzyły się normalnie i bez problemu. Zobaczyłam długi i szeroki korytarz. Czekałam i nasłuchiwałam. Po chwili zobaczyłam światła i samochody. Odetchnęłam z ulgą. Kiedy tylko zaparkowali w głównym garażu zamknęłam ostatnie bramy wjazdowe. 
-Gotowi? to za mną. Witam w moim domu.-powiedziałam i ruszyłam pierwsza. 
Zeszliśmy po schodach na dół. Potem szliśmy długimi korytarzami aż wreszcie dotarliśmy do głównej bazy. 
-Bunkier jest ogromny jednak znam cały na pamięć. Za tymi drzwiami jest korytarz z pokojami od 1 do 52. idźcie i odpocznijcie. Zawołam was kiedy wszystko będzie gotowe. Musicie mieć dużo siły. 
Wszyscy się rozeszli ale został Gale i Martin.
-Pomożecie mi przy robieniu jedzenia? Potem ogarniemy okolice. 
-To może wyślemy kogoś by rozejrzał się?-zapytał Martin.
-Nie ma takiej potrzeby. Cały teren przy schronie w obrębie prawie kilometra jest pod ciągłą obserwacją. Wszędzie są zamontowane kamery które są zasilane prądem który jest robiony w podziemiach bunkru za pomocą zasilania rzeki oraz dodatkowo dzięki panelom słonecznym. 
Poszliśmy do kuchni. Kiedy dotknęłam drzwi by je otworzyć wspomnienia wróciły. Ślady krwi zmyłam jednak wgłębienia po czarnych trupich palcach zostały. 
-Coś sie stało Zoe?-zapytał Gale.
-Nie. Wszystko dobrze.
Weszliśmy do kuchni. Była duża. 
-W tamtych szafkach są konserwy. Chleb jest schładzany w tamtym pokoju wystarczy go włożyć do mikrofali na chwilek i jest jak świeży. Martin zacznij już coś przygotowywać a ja z Galem pójdziemy do ogrodu. 
-Ogrodu?-zapytał Gale kiedy szliśmy korytarzem. 
-Moja rodzina długo tu mieszkała. Tata z mamą przystosowali cały ten obiekt by nie było potrzeby nawet z niego wychodzić. 
Otworzyłam drzwi i znaleźliśmy się w ogromnym pomieszczeniu. 
Usłyszałam westchnięcie Gale'a. Tu na prawdę było pięknie nie dziwie się mu. 
Poszliśmy alejkami.
-Boisz się?-zapytał.
-Czego?-zapytałam zaskoczona.
-Śmierci
-Nie. Już raz umarłabym gdyby nie Rosalie. Nie chce umierać jednak śmierci sie nie boję. A dlaczego pytasz?
-Wiesz że możemy stamtąd nie wrócić. 
-Wiem. Jednak nie podam się i będę walczyła. Wole zginąć w walce niż ukrywając się. 
-Kim był twój ojciec?
-Zwykłym człowiekiem. 
-Nie służył może w wojsku? 
-Służył.
-Widać.
-Nie rozumiem.
-Wpoił Ci typowe dla żołnierzy zachowania. 
-Dbał po prostu o moje bezpieczeństwo. Mama też sie starała jednak magia nie istniała wtedy.
-Twoja mama była czarodziejem? 
-Bardziej medium. 
-Ciekawe. Dlaczego nie przewidziała własnej śmierci?
-To tak nie działa. To nie zależało od niej. 
-No dobrze. 
Zapadła cisza jednak nie była ona niezręczna. Spojrzałam mu prosto w oczy. Zauważyłam że ma bardzo smutne oczy. Zaciekawiło mnie to jednak kto w tych czasach mógł sobie pozwolić na szczęście? Dlatego trzeba to zmienić. 
Już miałam mówić byśmy szli dalej kiedy pocałował mnie. 


Poczułam sie dziwnie. Nie wiem jak to opisać... 


****


Weszliśmy do kuchni niosąc skrzynki z warzywami. 
-Co tak długo?-zapytał Martin. 
-Już jesteśmy.-powiedziałam i spojrzałam dyskretnie w stronę Gale'a.
Zrobiliśmy jedzenie i roznieśliśmy wszystkim. Nigdy tu nie było aż tylu ludzi. Kiedy już każdy zjadł poszliśmy do pustej hali gdzie przygotowaliśmy broń i trochę poćwiczyliśmy. 

środa, 24 czerwca 2015

Od Rosalie


  Musieliśmy znaleźć jakieś miejsce gdzie będziemy bezpieczni. Spojrzałam na rzeczy mamy... wszystkie pachniały nią; jakby ona nadal tu mieszkała. Zdjęcia były zakurzone, moje i jej. Nie było zdjęcia taty. Przejechałam palcem po ramce zdjęcia i wzięłam kilka drobiazgów i podeszłam do drzwi z Ruvikiem.
-Może... zostaniemy tu? Gdzie indziej się podziejemy...?
-Seattle to nasz cel, jesteśmy tuż przed miastem.
-Myślałam... myślałam, że to już Seattle...
-Poza tym w tym domu coś mi nie gra.
-Co takiego? Mówiłeś, że ładny...
-Ładny to ładny... Nie pasuje mi tutaj coś.
-Dobrze, to chodźmy. - szepnęłam i gdy wyszłam z domu i zamknęłam drzwi... coś musiałam zrobić. - może sprzedać ten dom...
  Nagle klucz po tych słowach rozpłynął się w mojej dłoni. Zdziwiona spojrzałam na Ruvika, a gdy złapałam za klamkę by otworzyć drzwi - nie udało mi się to.
-Ten dom jest zły... - pomyślałam i przyznałam rację Ruvikowi.
  Czas stąd spadać.
  Jednak mama nie zapewniła mi dość bezpieczeństwa... może tutaj jednak mieszka ktoś inny? Czarodziej, czy coś?
  Weszłam do samochodu i poprosiłam Ruvika, by odjechał jak najdalej. Ten dom również zaczął mnie przerażać; mieliśmy dość zmartwień. Teraz czas dojechać do Seattle i tam pozostać do póki ludziom nie zaczniemy pomagać. My... Tak. Bo skoro tutaj w Seattle zaczęło się polepszać to tutaj moja matka musiała umrzeć i tutaj musiała być pochowana. Jej dobroć i magia rozprzestrzenia się tak daleko, że rozciąga się aż na całe Seattle. Ale nie może być na całym świecie. Jest tylko czarodziejem... trzeba pomóc jej i innym.
  Tak tęsknię za jej bliskością... kiedyś w pierwsze dni mojego życia traktowała mnie jakbym była jej światem. Byłam dla niej wszystkim... po tygodniu mój ojciec zamordował moją matkę tutaj, w Seattle... wszystko zaczynało nabierać kolorów a pamięć nie była wyblakła, wracała do mnie. Czy mój ojciec żyje...?
  Znów powstrzymywałam łzy. Brakowało mi jej... ale nie odzyskam jej. Mam tylko ją na zdjęciu, słyszę jej czuły ciepły głos który mi pomaga. Mówi gdzie się udać, co robić...
-Nie płacz... - szepnął Ruvik zatrzymując się na stacji.
-Przepraszam... - szepnęłam i chrząknęłam. - Czemu tu stoimy?
-Benzyna.
  Spojrzałam przed siebie i ujrzałam że na stacji są ludzie, w okół stoją trzy samochody czekające na to, by zatankować swoje auto. Zdziwiona spojrzałam na Ruvika.
-Tu jest rzeczywiście życie...
  Uśmiechnął się.
-Miałaś rację. Zaraz wrócę...
  Wyszedł a ja pobiegłam za nim i wtuliłam się w jego ramię. Nie chciałam by mnie zostawiał choćby na chwilę. Byłam z nim wystarczająco długo by się do niego przywiązać, a przy nim czułam się bezpieczna.
-Masz pieniądze?
-Konta bankowe jakimś cudem przetrwały, mam kasę jeszcze za czasów kiedy było normalnie. Nie miałem po co jej wydawać.
  Kiwnęłam głową i odsunęłam się od niego by dać mu wolną rękę.
-Miałeś przy sobie kartę bankową cały czas?
-Swoje pozostałości trzymałem w bezpiecznym miejscu.
  Kiwnęłam znów głową i potarłam ręce. Zimno tutaj cholernie...
-Chodź, bo zamarzniesz. - znów wtuliłam się w jego ramię. -Jesteś głodna?
-Hm? - potarłam oczy. - Nie... Nie, dziękuję.
  Weszliśmy do samochodu. Było tam tak przyjemnie ciepło...
  Usiadłam po turecku a potem zwinęłam się w kłębek na siedzeniu z przodu i oparłam o szybę.
-Gdzie się zatrzymamy? - spytałam.
-Nie wiem, może jakiś hotel? Bezpieczniej i w ogóle...Chociaż o bezpieczeństwo to ja się na razie nie martwię...
  Zrobiliśmy tak. Wzięliśmy pokój w hotelu. Stanęłam koło okna, pokój mieliśmy na górze, bez problemu mogłam oglądać ożywione Seattle. Tak dawno nie widziałam tyle świateł w oknach budynków i domów, na ulicach nie było żywych ludzi, nie było życia nigdzie. Tutaj jest tyle ludzi... Seattle żyje, jest tutaj świeże powietrze i nie ma mowy o zakażeniach.
  Usiadłam na parapecie a Ruvik podszedł do mnie.
-Patrz ile ludzi na ulicach... ile życia... - uśmiechnęłam się.
-Dawno tego nie widziałem...
  Spojrzałam na niego a potem znów na oświetlone, żywe miasto.
-Dziękuję, że nas tu zawiozłeś... - szepnęłam.
-Nie dziękuj...
-Naprawdę... dziękuję za to wszystko co dla mnie zrobiłeś do tej pory... Gdyby nie Ty dawno byłabym martwa... Przywiązałam się do ciebie, nie chcę cię tracić...





(A jebać! :D Tyle zmieniałam twarz mojej postaci łącznie z gifami...! Jednak zawsze dobrze mi było z Lily Collins! Chyba już przy niej zostanę... BTW! KLAUDIA! DAJ MI ADMINA BLOGA!!! :D XD)

wtorek, 23 czerwca 2015

Od Ruvika

,,Nie ważne jak długo będziesz tłumić w so­bie wewnętrzne­go pot­wo­ra. On i tak się uwol­ni. Naj­częściej sta­je się to w naj­mniej ocze­kiwa­nym mo­men­cie. Miej się ciągle na baczności, żeby zdołać go po­now­nie uwięzić. Jeżeli te­go nie zro­bisz... Stra­cisz siebie."

Od początku mojej zmiany czułem się dziwnie, jakbym nie był sobą, miejsca w których miałem blizny na przemian swędziały i piekły, było to strasznie uciążliwe. Przeszukując dom czułem w nim dużo miłości i złości, dwa kontrasty, dom sprawiał we mnie uczucie  niepokoju.  Wróciłem do Rosalie, miała czerwone oczy i posklejane rzęsy.. w rękach trzymała koszulkę.
Bez żadnego słowa przytuliłem ją, a ona mnie . Po części rozumiałem jej ból,  to nie jest łatwe, też straciłem wszystkich bliskich ale to było juz dawno, teraz nawet nie tęsknię. Puściłem ją i odsunołem się kilka kroków podziwiając dom.
-ładne mieszkanie.
-takie jak  każde, nic specjalnego
Rzuciła koszulkę na łóżko i z surową miną przeszukiwała pomieszczenie dalej.
Wracając do pokoju przeznaczonego na moje przeszukiwania omal nie runąłem na ziemię, podparłem się o ścianę i wslizgnąłem do łazienki.
Moje blizny na brzuchu ponownie się paliły, stopiona skóra ciężko opadała na płytki łazienki, po czym się zwęglała i zamieniła w pył, smród spalonych włosów znów truł moje płuca, niemiłosiernie mnie to bolało ale wytrwale nie wydawałem z siebie żadnego dźwięku prócz rozpaczliwego syczenka przez zęby. Drętwy i bezradny  leżałem na zimnej podłodze, nagle ból ustał a ja byłem taki jak przed leczeniem, cały w bliznach i bez włosów, ku mojemu zdziwieniu usłyszałem szyderczy śmiech, był przerażający a gdy zniknął wszytko wróciło do normy, znów byłem cały.
Mocno zszokowany ukratkiem wyszedłem z łazienki prosto do pokoju, Rosalie nie zdążyła mnie zobaczyć. Ciekawe ile to wszytko trwało, według mnie wieki ale Rosalie ruszyła się zaledwie krok od  kiedy ją widziałem.
-Słyszałaś cos?  - spytałem uwarznie przyglądając się małej szkatułce
-co?  Nie, tylko ciebie jak się potknąłeś nic więcej.
To znaczy ze ten śmiech był w mojej głowie, trace zmysły?  To było naprawdę? -a to mi się cos przesłyszało.
Spojrzała się na mnie badawczo, cos podejrzewała.
-ej, od kiedy cie znam to nigdy nie straciłeś równowagi,  chodzisz bardzo zwinnie, cos się stało? 
-e tam, czepiasz się powiedz  lepiej czy znalazłaś to czego szukasz.
-jeszcze nie
-no to ruchy, nie mamy czasu - uśmiechnąłem się i rzuciłem w Rosalie jaśkiem. Trochę ją to zdziwiło ale się uśmiechnęła.

Od Rosalie

  Obudziłam się bliska krzyku. Zerwałam się i zacisnęłam w dłoniach koc. Westchnęłam, wypuściłam powoli powietrze i odetchnęłam z ulgą. Cholera. Złe sny zawsze były dla mnie czymś, co potem przeżywałam cały dzień. Jednak teraz był prawdziwy... chyba. Jak sen może być prawdziwy? Ktoś to rozumie? Sama siebie nie potrafię zrozumieć...
  Musiałam poćwiczyć swoje umiejętności by pomóc Ruvikowi. Tak, to było koniecznością. Musiałam się na kimś wzmocnić. Tak powiedziała mi zakapturzona postać we śnie; to była kobieta, miała długi biały płaszcz i długie jasne blond włosy. Mówiła mi o tym, że muszę się na kimś wzmocnić - zabić. Kogo mogę zabić? Jedyną osobą żywą którą trzeba ukatrupić jest mój ojciec. To on jest winny wszystkim złym rzeczom które teraz się dzieją... 
  Stanęłam na środku pomieszczenia i zacisnęłam ręce. Dobra. Czas popróbować na sobie panno Palmer... 
  Stanęłam na przeciwko lustra i obserwowałam swoje odbicie. Nie wiem jak się zabrać za to wszystko... Gdy zacisnęłam mocniej dłonie a lustro, a raczej to co z niego zostało ruszyło na mnie. Przeleciało przeze mnie jak przez ducha. Lecz jeden kawałek wbił mi się w brzuch. Wyjęłam go i spojrzałam jak strużka krwi leje się po kawałku szkła. Nagle wyrwało mi się z ręki i wróciło do tamtych pozostałych kawałeczków lustra. Ułożyło się w zdanie Patrz do notatnika. Druga litera da ci odpowiedź. 
  Pobiegłam do notatnika Zaca Hamiltona i od początku leciałam po każdej pierwszej literce zdania, rozdziału, czy słowa! Gdy stanęłam na akapitach twierdząc po chwili, że żałosne jest i męczące brnąć przez 150 stron dziennika Zac'a. Zajmie mi to dużo czasu a tego czasu nie mam. Akapity były odpowiedzią na pytania. Po trzydziestej stronie słowo ułożyło się w całość... Jednak po przeczytaniu tych słów dziennik zniknął, rozpłynął się jak mgła. Zapaliło się światło ze wszystkich możliwych miejsc, wstałam zerkając badawczo. Co się dzieje?!
  Jakaś nieznana mi siła odepchnęła mnie do tyłu. Moim przyjacielem stała się podłoga w tej chwili, nie chciałam wstawać. Moja rana na plecach bolała. Miejsce poparzenia musiało zniknąć. Już dawno powinnam to zrobić, ale ważny jest Ruvik. Poćwiczę na sobie. Musi się udać.
  Spojrzałam na lustro, to samo lustro które było wcześniej zbite. Teraz było ładnie poskładane a kawałki które były wbite w ścianę - zniknęły. Musiałam wstać. Jednak w lustrze ujrzałam swoje odbicie, stała tam R.Z. Nie mogła wrócić. Pozbyłam się jej, dziennik Zac'a był widocznie przesiąknięty magią a teraz to jest zapłata za jego zniszczenie i usunięcie. Zac wyraźnie napisał i podkreślił - ma być chroniony, inaczej wspomnienia zostaną przebudzone. 
  Wstałam i podniosłam rękę do lustra. R.Z. uśmiechała się do mnie szeroko. 
-I co cię bawi, Zac? No co? - szepnęłam i zacisnęłam rękę. Paliłam R.Z... umierała. 
  Gdy krzyczała w mojej głowie nie poczułam zmiany. Ta zmiana była dość znacząca, a ja jej nie zauważyłam.
  Odwróciłam się i odchyliłam plecy spoglądając na odbicie w lustrze. Moja rana znikała, powoli,powoli zanikała. Wsiąkała we mnie. Wsiąkała w moje ciało... Ucieszona poczułam, że zabicie R.Z. dało mi siły. Zabicie mojego ojca da mi więcej. To oznacza, że moja magia pozostaje tylko wtedy gdy kogoś zabiję. Kogoś, kto od tej śmierci ucieka. 
  Po godzinie wysiłków, pracy którą włożyłam w naprawę swojego ciała... musiałam iść do Ruvika. Poszłam do niego i kazałam mu usiąść. 
-Nie powinnaś tego robić, to źle na ciebie działa...
-Ciiśś... - szepnęłam i wskazałam na krzesło. - Zamknij oczy i zrelaksuj się. 
  Zbliżyłam się do niego i zamknęłam oczy. 
  Potem...
  Potem usłyszałam głos tej kobiety ze snu. 
  Zamień się ze mną ciałem, wtedy ci pomogę. Jesteś zbyt słaba. Oczyść umysł, a teraz... teraz pozwól mi wejść. Zaufaj mi, Rosie... 
  Mama... 
  To moja mama...?!
  Jednak zrobiłam to co mi kazała. 
  Złapałam go za głowę, delikatnie, że prawie nic nie czuł. Skupienie. Oczyść umysł...
  Chwilowo stałam obok, byłam duchem. Ta kobieta stała na moim poprzednim miejscu szepcząc jakieś słowa. Wyglądała na doświadczoną, potężną i dobrą czarownicę. Byłam ciekawa jak wygląda jej twarz, widziałam tylko usta które szeptały dziwne słowa, które zaczęłam powoli rozumieć.
-Ulecz tego, który powinien stać się jak dawniej. Ulecz rany, które są zbyt głębokie i bolesne by wyleczyć je normalnie, uleczyć trzeba to, co zostało zniszczone...
  Skończyła mówić, odsunęła się od Ruvika. Kobieta podniosła rękę i zatrzymała czas. My jednak... nas nie zatrzymała. 
-Co zrobiłaś...? - spytałam przestraszona.
-Uleczyłam mu rany. Zobaczysz go gdy wrócisz na ziemię. 
-A teraz gdzie jestem?
-Pomiędzy. 
-Pomiędzy? 
-Jesteś ze swoją matką, Rosie... Moja mała Rosie...
-Mamo... - szepnęłam i przytuliłam się do niej.
-Wiedziałam, że obudzi się w tobie czarodziej. Twój ojciec tak długo trzymał cię w ukryciu przed Hogwartem, że stawałaś się człowiekiem... zabił mnie wywołując zarazę... Musisz go powstrzymać.
-Nie dam rady mamo...
-Wiem, ktoś inny to zrobi za ciebie. Jest wiele osób które pragną jego śmierci...
-Mamo, dlaczego zombie są takie... żywe?
-Ja maczałam w tym palce, przyznaję..
-Naprawdę? Masz tak wielką moc by...
-Ja jestem osobą, która pochłania moc z samej siebie, czerpię z niej energię a każda żyjąca istota trzyma mnie przy życiu w Pomiędzy. To miejsce gdzie nie ma śmierci, nie jestem martwa ani żywa. Ja czuwam nad żyjącymi istotami i nad martwymi. Jestem czarodziejem który stworzył strefę Pomiędzy. Ja ożywiam... ale teraz musisz iść. 
-Mamo, a czy Ruvik... ta zmiana to na zawsze?
-Tak długo jak żyję. 
-Mamo... kocham Cię...Dziękuję...
  Uśmiechnęła się, pocałowała mnie w czoło i odesłała budząc czas. 
  Spojrzałam na Ruvika. Boże... był... był normalny... taki jak kiedyś. 
-Jak się czujesz...? - spytałam z uśmiechem.
-Dobrze... A co?Pomogło?
-Sam zobacz! - pisnęłam zadowolona i pociągnęłam go do lustra.
-I jak?! - podskakiwałam z radości. 
-Jak to zrobiłaś...?
-Tajemnica! Ważne, że jest dobrze, prawda? 
-Dziękuję... - szepnął i przytulił mnie. 
  Jednak zaraz się odsunął.
-Co teraz ze mną? Gdzie pójdę?
-Znajdziemy jakieś miejsce... teraz trzeba zakończyć tę zarazę. 
-Jak to zrobisz? 
-Chodź. Umiesz prowadzić, tak?
-Jasne. 
-Znajdziemy samochód, wezmę broń i jedziemy. Czekaj... znajdę ludzi. Wymyślimy plan co i jak.
  Wróciwszy do szpitala psychiatrycznego już z Zoe, Gale'em, Martinem i resztą zliczyłam trzydzieści pięć osób. Taka grupa da radę, jednak Zoe i Gale dowodzili akcją. Tak ustaliłam. 
-Wy idziecie się ukryć. - zarządzili razem w tym samym czasie Gale i Zoe. 
-Co? - wycedziłam.
-Damy znać jak będzie czysto. 
-Ale co jak zginiecie? - spytałam.
-Nie zginą. - usłyszałam głos mamy. 
  Mama na pewno będzie ich miała na oku, żadnemu nie pozwoli zginąć. 
  Uśmiechnęłam się szeroko i spojrzałam na Ruvika. Kiwnęłam głową.
-Będzie dobrze. - zapewnił Gale. 
-Musi. - zaśmiała się Zoe.
-Daj znać co i jak. - poprosiłam Zoe i przytuliłam ją. 
-Plan macie doskonały, w SB panuje spustoszenie więc każdy z nich jest rozkojarzony. Mój ojciec jest w bazie głównej sam, bez ochrony. Nikt was nie tknie... - pożegnaliśmy się i poszliśmy w swoje strony.
  Był już wieczór. Znaleźliśmy samochód i pojechaliśmy. 
-Jedynym miastem bezpiecznym od epidemii jest Seattle. Jako pierwsze się podniosło więc tam możemy się udać. 
  Bez słowa dalej jechał drogą. Martwiłam się, że nie jest zadowolony, jest na mnie zły... cokolwiek. Zamyśliłam się.
Przecież chciałam dobrze... Jest na mnie zły? Ciekawe jak radzą sobie moi przyjaciele... grupa która włączyła się do walki o wolność z epidemii, ciekawe, czy zombie im pomaga? Pewnie tak, skoro również napadają na mojego ojca. Żołnierze bronią go jak głupi... Co się dzieje z tymi ludźmi? 
  Może jakoś ich też przekupił? Pieniądze, władza, stanowisko? Mój ojciec; racja, ma wpływy... ale żeby aż tak ludzie głupieli w tych czasach na punkcie stanowiska jakiegokolwiek? Dajcie spokój... 
  

  Gdy dojechaliśmy do Seattle moja mama wskazała mi drogę do jej dawnego domu gdy ukrywała się przez ojcem jeszcze za czasów gdy miała dwadzieścia lat. Byłam wtedy jeszcze z ojcem jako małe dziecko... niemowlaczek... Niczego nie świadoma... 
  Dom był mały, ale w środku przestronny i ładny jak na Seattle. Klucz pojawił się znikąd w mojej czarnej torbie. Zapaliłam światło, było tu przytulnie i ładnie. Spora kuchnia, salon i pokoje... Potem gdy każde z nas wzięło pokój (były tu 3 spore pokoje)... mi zaczęło jakby... po prostu świadomość tego, że jestem teraz zupełnie sama... że moja matka w sumie nie żyje i nigdy tu jej nie zobaczę, że mojego okropnego znienawidzonego ojca zaraz zastrzelą lub już to zrobili... Jestem sama, nie mam nikogo... Złapałam bluzkę mamy, pachniała jak ona. Czułam jej zapach, taki sam jak wtedy gdy ją przytulałam... Starłam szybko łzy.
-Nie becz... - szepnęłam i doprowadziłam się do normalnego stanu... próbowałam przynajmniej... 

Od Ruvika

,,Is­tnieją dwa po­wody, które nie poz­wa­lają ludziom spełnić swoich marzeń. Naj­częściej po pros­tu uważają je za niereal­ne. A cza­sem na sku­tek nagłej zmiany lo­su poj­mują, że spełnienie marzeń sta­je się możli­we"'

Rajan Speed, zwykły marny człowiek z przedmieścia, ucieka z Mary przed epidemią zombie wyciekającej z laboratorium. Zmieniony w szkaradę przez grupę ludzi którzy podpalili stodołę,będącą tymczasowym schronem dla Ruvika i  dziewczyny. Nie lubi ludzi, nie rozumie ich i do nie końca akceptuje. Jedyną jego towarzyszką była Mary - ukochana kobieta pod wpływem pożaru i eksperymentów zmieniona w potwora. Po jej śmierci kolejną kobietą w jego życiu jest Rosalie - zamieszkiwała bezpieczną strefę razem z ojcem ale los przyprowadził ją do Rajana. Łączy ich chęć poznania epidemii i pozbycie się jej. Nasyciwszy się powrotem do normalności, Ruvik i Rosalie razem zamieszkują spustoszony i nie do końca opuszczony, szpital psychiatryczny, jest to miejsce idealne na eksperymenty i odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Ruvik oszpecony przez życie ma dystans do każdej żywej istoty lecz Rosalie uczy go akceptacji i proponuje pomoc, dzięki swoim zdolnością może przywrócić dawny wygląd chłopaka. Szok po takiej zmianie może wyrządzić potworne skutki.
 
,,Bliz­na jest pew­ne­go rodza­ju in­tymnością. Bez znacze­nia czy na ciele, czy na duszy. Jed­nej i dru­giej dot­knie tyl­ko naj­bliższa osoba.
"

Byłem z Rosalie w nietypowo ciepłym i spokojnie urządzonym pokoju, eh te dziewczyny zawsze coś wymyślą. Jasna aura przebijającego się światła tworzyła przyjemną mgłę, jakby tylko nie zapach kurzu było by wręcz idealnie jak na te czasy. Dawno się tak nie czułem, tak miło..
-Blizny są mapą duszy, nie wiem czy chcę z nich rezygnować, a jeśli mi się nie spodoba ?
-Non stop marudzisz na nie, i teraz gdy pojawia się okazja chcesz je zostawić ? Gorzej niż baba !
-Chcę je zamaskować ale one są.. moje, przyzwyczaiłem sie do nich.
-Hmm.. to może na początek zacznijmy od czegoś drobnego, czegoś czego w sobie nie chcesz ?
-Włosy - odparłem bez chwili zastanowienia - chce mieć włosy, i nie chcę mieć tego ooo - wskazałem na szklaną kopułę chroniącą widoczny mózg.
-Dobrze, postaram się.

To co działo się później mi umknęło, chyba zemdlałem.. albo umarłem.
Obudziłem się w tym samym miejscu na ziemi obok Rosalie, ona jeszcze spała, szybko sie pozbierałem i obudziłem Rosalie delikatnie. Wyglądała jakby straciła wszystkie siły, ale mimo to się uśmiechnęła i powiedziała.
-Uuuu niestety się nie udało tak jakbym chciała, ale spójrz po jednej stronie masz kilka włosów, hmm... jesteś szatynem ?
Po tych słowach zemdlała i już nie dała się obudzić. Wprowadziłem do pokoju łóżko szpitalne, położyłem na nim kołdrę i Rosalie po czym przykryłem ją jeszcze drugą kołdrą, może chociaż raz się wyśpi, w tym szpitalu jest śmiertelnie nie wygodnie.
Poszedłem do łazienki zobaczyć efekty, faktycznie były marne, a nawet wyglądałem jeszcze gorzej, jak jakiś łysiejący staruszek z czarnymi włosami. Nie szkodzi, zawsze można to naprawić.
Rozebrałem się i następne 30 min relaksowałem się w wannie.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Od Rosalie


  Moja rana goiła się, lecz szkieletory zaczęły szaleć, były coraz bardziej rozwścieczone. Strefa Bezpieczna na pewno potrzebuje pomocy...Musiałam coś zrobić. Jednak na razie relaksowałam się przy muzyce Petera Gabriela. Notatki wszystkie zostały przeze mnie przeczytane... Zac Hamilton nic nowego nie wniósł do mojego życia, Alice zmieniła się w zombie a Zac skończył jako pokarm dla zombie a cała jego historia skończyła się tak dziwnie... przewidział wszystko co się miało zdarzyć... Wszystko wiedział...Jak? Nie wiem.
  Relaks w tej chwili był dla mnie czymś ważnym. Siedziałam na parapecie i wpatrywałam się przez okno na otwarty świat i gdzieś tam widziałam SB i miasto. Co ja bym dała, by ludzie i czarodzieje zyskali spokój... by było jak dawniej...
  Jednak gdy tak sobie siedziałam zaczęło dziać się coś dziwnego, po relaksowaniu moja rana zaczęła się sama z siebie goić. Zaczynało mnie to niepokoić, może to sprawa Ruvika? Nie, przecież on prawie nie używa magii.
  Podeszłam do stolika i wyjęłam z szuflady nóż, zacięłam się na ręku, czekałam aż spore zacięcie samo się zagoi, jednak tak się nie stało. Dotknęłam go ręką a tu... kiedy podniosłam dłoń rana zniknęła. Przecież chciałam tylko zatamować krwawienie... Dziwne.
  Poszłam do Ruvika, usiadłam bez słowa na krześle szpitalnym i machałam nogami wpatrując się w niego. W końcu spojrzał na mnie a ja uśmiechnęłam się. Jednak nie było mi do śmiechu.
-Wiesz... stało się coś dziwnego...
-Co takiego?
-Zobacz na moją ranę na plecach. - odwróciłam się - Nic. A przecież była poważna, głęboka... bolało jak cholera i nagle gdy się relaksowałam zagoiła się.
-Hmm..
-A tu - wskazałam na rękę gdzie zrobiłam sobie ranę wcześniej - nożem zacięłam się żeby zobaczyć czy ona też się po chwili zagoi, jednak tak się nie stało. Chciałam zatamować krwawienie, bo zrobiłam sobie sporą ranę ale gdy poczułam pod palcami że nic nie ma... podniosłam ją i dobrze czułam. Coś ze mną jest nie tak, emanuje jakąś energia czy coś?
-Nie umiem tego pojąć, jesteś człowiekiem?
-W sensie... wiesz... tak utrzymywano w mojej rodzinie. Nie pamiętam mojej mamy, jakby mi ktoś ją wymazał z pamięci a mój ojciec był przeciwnikiem magii i... czasem myślałam, że on sam zrobił ten sajgon tylko po to, by zapobiec rozpowszechnianiu się magii. Nigdy nie lubiłam się z moim ojcem, wieczne problemy były ze mną od dziecka, gdy mówiłam o Hogwarcie denerwował się. Nie był dobrym ojcem ani mężem. Pamiętam to co mówił mi i mamie, wcale nas nie kochał. Teraz to sobie uświadomiłam, gdy jakimś cudem zapomniałam o mamie on stał się gorszy, ale udawał że jestem najważniejsza... Wierzyłam mu bezgranicznie; teraz to się zmienia. Jak ja. Czemu uleczam?
-Nie wiem...
-Mogę uleczyć twoje rany? - spytałam tym samym mu przerywając.
-Nie. Nie da się.
-Nie próbowałeś...
-Próbowałem na sobie.
-Ale czary są słabe, nie działają. Nie pamiętasz co tu się dzieje na świecie? Oprzytomniej! Chcę ci pomóc, nie odrzucaj mnie po raz kolejny. Może gdy się podszkolę i nabiorę sił twoje rany będę w stanie uleczyć, chociaż część. Chciałbyś być taki jak kiedyś? Prawda? Wszyscy chcemy.
-Ty jesteś normalna...
  Odwróciłam się i odsłoniłam plecy. Miałam całe poparzone, nie było tam skóry. Połowa moich pleców była oszpecona tymi poparzeniami.
-Co ci się...
-Nie wiem, nie pamiętam co mi to zrobiło. Kto mi to zrobił...Kiedy pytałam o to ojca za każdym razem wyrzucał mnie z pokoju... Chciałabym wiedzieć co mi się stało, ale nie pamiętam. To nie jest normalne, ale widzisz, że rana jest poważna i podobna do twojej. Wydaje mi się, że mój ojciec jest źródłem zmiany zachowania szkieletorów a zombie giną bo mój ojciec się boi o zmiany i powrót magii. Wrócę tam do SB zbadam sprawę i wrócę.
-Nie chcesz to nie wracaj..
-Jedyną rzeczą którą chcę w tej chwili to zostać tu z tobą... ale muszę sprawdzić co się dzieje. Wrócę, obiecuje. Przynieść ci coś?
-Nie.
  Wyszłam i pobiegłam do SB. Wpuścili mnie tam bo w sumie wejścia nikt nie pilnował. Było pusto, mury Hogwartu były zniszczone, dziurawe i nie takie jak kiedyś. Weszłam do bazy w podziemiach i usłyszałam krzyki. Poszłam w ich stronę i zauważyłam Gale'a. Boże, mój przyjaciel nadal żyje!
  Wbiegłam do środka i zauważyłam dziewczynę. Musiałam jej pomóc, poczułam nagłą potrzebę. Odsunęłam Gale'a i ochroniarzu, zajęłam się dziewczyną. Zaraz była nieprzytomna.
-Nie zasypiaj, nie zasypiaj... - szepnęłam i zbliżyłam dłoń do jej rany.
  Wessałam w siebie jej truciznę, wchłonęłam ją w siebie i zniszczyłam. Nie wiem jak to zrobiłam. Jej rany również poznikały a ona spała.
  Nagle... stałam za nią. Ona szła w stronę światła. Jak banalnie i absurdalnie to brzmi...
-Hej! Stój!
  Odwróciła się i zaskoczona zobaczyła znikające światło.
-Muszę iść... mam dość...
-Jest sposób na ocalenie świata!
-Masz moc by powstrzymać tę zarazę?! Nikt nie ma.
-Mój ojciec ją podtrzymuje, zakaża w laboratorium ludzi, wiem wszystko!
-Chcesz zabić ojca?
-Najpierw wróć... Nic ci nie grozi. Jeśli nie chcesz tu być pomogę ci wyjść z SB.
  Zawahała się jednak przypomniała sobie mnie z tamtej chwili w lesie. Tak, to ta dziewczyna. Złapała mnie za rękę i obudziłyśmy się. Otworzyła oczy i spojrzała na mnie.
-Gale, wyprowadź wszystkich. Siebie też.
-Ale...
-IDŹ.
  Gdy wyszli odetchnęłam z ulgą.
-Jak się nazywasz?
-Zoe...
-Chodź.
-Jak mnie uleczyłaś?!
-Nie wiem. Dla mnie to też jest dziwne i niepojęte. Muszę cię wyprowadzić. Jest niebezpiecznie... proszę. - podałam jej broń. Dwie bronie jej starczą, naboje się nie kończą więc myślę, że sobie poradzi.
-Chodź teraz. Tylko dotykasz tutaj i strzelasz.
-Ale trzeba zabić twojego ojca zanim...
-Zabiłabyś swojego ojca? Ja nie potrafię chociaż wiem co robi... Musze nad tym pomyśleć...
-Gdzie mogę cię znaleźć w razie czego?
-Szpital psychiatryczny.
  O boże, jak to zabrzmiało...
  Gdy ją wyprowadziłam bezpieczną, pożegnałyśmy się i każda poszła w swoją stronę. Wróciłam do szpitala i usiadłam naprzeciwko Ruvika.
-Uleczyłam zakażoną umierającą dziewczynę. - szepnęłam.
  Zdziwiony spojrzał na mnie.
-No, wow. Brawo. Nie umiem cię rozszyfrować.
  Uśmiechnęłam się.
-Ja nie wiem jak to zrobiłam.
-Ja też nie wiem.
-Jestem dziwna... jak mogę leczyć z zakażenia? Skoro jestem tak dobra w tym a o tym nie wiem... może mogę uleczyć ciebie z tych ran? Pozwól mi...
-Nie dasz rady.
-Dam.
-Poczekajmy... Muszę to przeanalizować.
-Tu nie ma czego analizować. Nie mamy czasu. Uleczę cię, zbierzemy zombie które jeszcze żyją i które są pół wyleczone. Pójdziemy na SB. Musi paść. Ja zabiorę kilku żołnierzy ze Strefy którzy na pewno staną po mojej stronie. Mój ojciec stoi za całą epidemią, nie mógł znieść tego, że magia okazała się prawdą. Był przeciwnikiem tego. Próbował zniszczyć całą magię i nauczycieli w Hogwarcie. Pomyśl... każda chwila byłaby zapamiętana, każdy martwy człowiek żyłby teraz gdyby nie mój ojciec. On z naukowcami to zaplanował, jest chory psychicznie a trzeba go zniszczyć... tylko ja nie dam rady.
  Westchnął ciężko myśląc nad tym.
-Chodź, rozerwiemy się. - złapałam go za rękę i poszliśmy do tego pokoju w którym spędzałam czas.
  Muzyka Petera nadal grała. Było tu nie jak teraz w tej okropnej epidemii, tylko jak kiedyś. Uczucie bezpieczeństwa, miłości i dobra krążyło dzięki temu, że udało mi się tu choć trochę posprzątać, udekorować drobiazgami które znalazłam i muzyką. Wprowadziłam światło zdzierając dechy z okien. Było tu ładnie. To poruszyło moje serce gdy tu weszłam. Usiedliśmy na łóżku.
-Co teraz zrobimy? - spytał. - Zabijesz swojego ojca?
-Nie ja. Nie wiem kto to zrobi, na pewno nie ja... Nie myślmy o tym...
  Wyciągnęłam aparat i próbowałam rozluźnić atmosferę.
-Słuchaj... może popróbuję na tobie z tym uleczeniem? Będę próbować, może nabiorę wprawy i sił... wtedy rany znikną. Wyleczę cię jeśli mam przypłacić to życiem, nie mam nic do stracenia... Co ty na to? Można spróbować...? - spytałam uśmiechając się do niego.

niedziela, 21 czerwca 2015

Od Zoe

Czasem podejmujemy niewłaściwe decyzje. Jednak nie zawsze można je odwrócić. Co sie stało sie nie odstanie. Trzeba sie z tym pogodzić... 

Ukryłam sie przy murze za krzakami. Ostrożnie szukałam wyjścia. Dam radę!-powtarzałam sobie w myślach. Byłam jak schwytane zwierze które szuka możliwości ucieczki. Przeszłam ostrożnie parę metrów i wtedy rozległ sie alarm.
-Cholera!-powiedziałam.
Wątpiłam by włączyli go tylko z powodu mojej ucieczki. Coś się musiało stać.
Wszędzie biegali uzbrojeni żołnierze. Co sie stało? Może uda mi sie uciec dzięki zamieszaniu.
-Szkieletory wdarły sie za mury!!!-ktoś krzyknął.
Zlękłam się. Z jednej strony ludzie z SB a z drugiej szkieletory. Nie zapowiada sie ciekawie.
Szłam a kiedy zobaczyłam przed sobą 30 metrową drogę niezasłoniętą krzakami musiałam sie zastanowić co zrobić dalej.
Zobaczyłam parę szkieletorów walczących z żołnierzami. To moja szansa. Zerwałam sie i zaczęłam biec. Już prawie byłam u celu. Ktoś mnie złapał i pociągnął do tyłu. Upadłam na twardą ziemię. Zobaczyłam ciemność przed oczami... zakręciło mi sie w głowie. Jednak to wszystko po chwili minęło. Poczułam czyjąś obecność nad bosa. Otworzyłam oczy. Czaszka którą widziałam nad sobą.. zapowiadało sie że będzie to mój ostatni obraz który ujrzę.
Szkieletor otworzył buzie i już miał sie na mnie rzucić kiedy ktoś krzyknął to odwróciło jego uwagę.
Podniosłam sie jednak nie byłam wolna na długo. Potwór złapał mnie i zasłonił mną siebie..
Zobaczyłam celującego w naszą stronę młodego chłopaka, żołnierza.
Szkieletor był bardzo inteligentny. Otworzył szczękę i ugryzł mnie bardzo boleśnie w ramie. Krzyknęłam. Chłopakowi zadrżała ręka. Widziałam w jego oczach że nie wie co robić. Był może trochę starszy ode mnie.
-Gale! Strzelaj!-krzyknął jakiś starszy mężczyzna.
Chłopak zlękną się.. chyba nie zauważył ze mężczyzna zbliżył sie do niego. Wystrzelił chyba sam nie wiedząc co robi..




Szkieletor szybko zasłonił siebie moim ciałem. Pocisk z broni wbił się mi boleśnie w klatkę piersiową tam gdzie jest serce. Trup już mnie nie trzymał.. uciekł a ja bezwładnie opadłam na ziemię łapią z trudem oddech.
Gale podbiegł do mnie przerażony. To on mnie pilnował w budynku SB. Był jedyną osobą z którą chciałam rozmawiać.
-Zoe.. nie chciałem przepraszam..
-I t-ak po-winn-am j-już dawno-o... um-rzeć.
-Zoe nie umieraj.. poczekaj zaraz kogoś zawołam. Uratują cie.
-I t-ak zgi-nę. U-gry-zł mni-e.
Wtedy jego wzrok przesunął sie na moje ramię.
-Boli?-zapytał ze łzami w oczach.
-Już mniej-wyszeptałam.
Kula nie trafiła w serce.. jednak utkwiła tuż przy nim. Czułam ja jednak bolało coraz mniej. Powoli robiłam sie senna.



-Zimno mi-wyszeptałam.
Gale podniósł mnie do pozycji siedzącej. Usiadł za mną i okrył mnie swoją kurtką. Usłyszałam jakieś krzyki.. albo mi sie zdawało albo były one na prawdę. Zamknęłam oczy tylko na chwilkę a kiedy znów je otworzyłam zobaczyłam jasne światło..

czwartek, 18 czerwca 2015

Od Zoe

Przetrzymywano mnie w Strefie Bezpiecznej. Wariowałam. Byłam jak dzikie zwierze zamknięte w klatce. Leżałam na łóżku i słyszałam wszędzie głosy. Wariuję? 


Wszystko było takie dziwne. Całe swoje życie spędziłam wolna a teraz nie mogłam wyjść nawet do toalety bez strażnika. 
Zadawali mi dziwne pytania na przykład "jak przeżyłam sama w lesie tyle lat?" "gdzie jest moja rodzina?" i takie tam. Robili mi różne badania i sprawdzali czy nie jestem zakażona. Jakie było ich zdziwienia gdy okazało się że jestem czysta, zdrowa. 
-Hallo! Chce do toalety!-zawołałam.
Drzwi sie otworzyły i wszedł młody chłopak.
-Chodź. -powiedział.
-Serio? Nie jestem waszym zwierzakiem! Jestem wolnym człowiekiem.. kiedy wypuścicie mnie?
-Słyszałaś o tym co sie dzieje poza murami? 
-Niby skąd miałabym wiedzieć jak nie wychodzę z budynku i z nikim prawie nie rozmawiam..
-Zombie zabijają szkieletory i zaczynają mówić.
-Zdrowieją..-powiedziałam.
-Wiesz coś o tym?
-Moja mama... w dzieciństwie opowiadała mi o tym dniu... 
-Była czarodziejem?
-W pewnym sensie. Była medium. Wiedziała, czuła w kościach że ten dzień nadejdzie. 
-Skoro była medium to dlaczego nie przewidziała własnej śmierci?
-To nie działa na zawołanie. Ona śniła. 
-Ciekawe. A ty masz jakieś zdolności?
-Nie wiem.. nie odkryłam ich. Umiem parę zaklęć ale one praktycznie nie działają. Rozumiesz.. magia nie działa. 
-Wiem. Ale teraz coś sie stało i wszystko wraca do.. normy? 
Weszłam do łazienki. Na szczęście była na pierwszym pietrze. Zombie zdrowieją? Muszę sama sie o tym przekonać. Otworzyłam okno. Nikt nie kręcił się przed budynkiem. Wyskoczyłam.. 
Udało się! Wreszcie! Nie będę w SB! 
Teraz tylko muszę sie dostać do muru.. i jakoś uciec. Pobiegłam miedzy drzewami. 


Uda sie? 

środa, 17 czerwca 2015

Od Rosalie

  Oglądałam te stare zdjęcia, szukałam czegoś co przyciągnie moją uwagę. Wszystkie te zdjęcia były piękne, pan Zac na pewno był fotografem. Przegrzebałam jego rzeczy, zrobiłam mały bałagan w jednej części pomieszczenia. Znalazłam notes, wzięłam go do rąk. Był stary, jego kartki wyglądały jakby ktoś je czymś oblał. Otworzyłam go i spojrzałam na pierwszą stronę. 
 
         ''Zac Hamilton 
        24 maj 2018 r. 
  
  Dziś coś złego się dzieje. Moje zaklęcia przestały działać, Hogwart został ewakuowany... a raczej czarodzieje zostali usunięci - w tym ja. Nie mam nikogo bliższego, moja rodzina to mugole, wyrzekli się mnie kiedy wybrałem Hogwart... Co mam zrobić? Gdzie pójść? Muszę znaleźć jakieś inne miejsce... Gdzieś, gdzie mogę się schować przed tą zarazą. Tak, właśnie usłyszałem w radiu o zarazie jaką wypuścili naukowcy. Mamy się czego obawiać? To się okaże. 
  Na razie mam zamiar zaszyć się w jakimś opuszczonym budynku, wymknąć się wojskom które zabierają ludzi do tak zwanej Strefy Bezpiecznej, czy jakoś tak... 
PS: Dlaczego nie działają tu zaklęcia, do cholery?!

   
         Zac Hamilton
        10 czerwca 2018 r.
  
  Zgubiłem Alice... Gdzie moja Alice... Moja Alice zniknęła... Widziałem, jak wojsko zostawia ją na pastwę losu. Ona... ona... ona tylko chciała pomóc zakażonej dziewczynce, miała przecież tylko sześć lat! Ale nie. Zastrzelili dziewczynkę a Alice zostawili za szklaną szybą. Kiedy uderzyłem jednego z wojskowych i chciałem uratować moją Alice... oni mnie odciągnęli, potem dopadli Alice, ze wszystkich stron zjawiło się milion szkieletorów, moja najdroższa Alice... ona krzyczała, płakała, wołała o pomoc... A ja nic nie mogłem jej pomóc...
  Bez niej popadam w obłęd, słyszę głosy... ktoś chodzi w okół chatki w lesie. Tak, teraz to słyszę. Przeraźliwe skrzypienie na ganku... jednak... może to tylko mi się wydaje, może to drzewa? Nie mogę z nikim porozmawiać, z nikim! Szaleję bez mojej Alice... Moja biedna, słodka Alice... Może gdzieś tu jest? Może jej dusza nadal tu jest? Chroni mnie, może to jej głosy słyszę? Może to ona próbuje mi coś powiedzieć? Nie... Ja zwariowałem. Nawet w mieście nie można normalnie chodzić, to COŚ jest wszędzie... próbowałem, ledwo uszedłem z życiem... chciałem znaleźć moją Alice... Moja biedna, słodka, najdroższa Alice... 
  Wziąłem sobie zapas długopisów i ołówków... mam ich całe pudełko. Tylko to udało mi się zwinąć z miasta... No i coś do jedzenia i picia. Nie mogę jeść nic innego. Muszę jednak znaleźć bezpieczniejsze miejsce. Jutro pójdę na poszukiwania innego schronu. Nigdzie nie jest bezpiecznie... Jeśli ktokolwiek to czyta to oznacza, że pewnie jesteś człowiekiem. Przeczytaj notatki do końca, piszę to jako pamiętnik, notes... Może dowiesz się czegoś po tym jak wypisze tu to coś, czego ja się dowiedziałem... Cholera, jest ich więcej. W radiu cisza... zaczynam głupieć, wariować... Muszę stąd wyjść. Zaszyję się gdzieś... Tak...
PS: Zgubiłem pamięć. Zgubiłem ją. Pamiętam tylko... tylko... tylko Alice... Alice... I nic więcej... Nawet zaklęć nie pamiętam... Kim właściwie jestem...? 

  Do pomieszczenia wszedł Ruvik, podniosłam wzrok znad pamiętnika Zac'a i odłożyłam go na bok w widocznym miejscu bym pamiętała, by go jeszcze doczytać do końca. Nie był długi, pewnie kilka kartek powypadało. 
-Jesteś głodna? - spytał.
-Umieram z głodu. - uśmiechnęłam się. 
  Usiadł naprzeciwko mnie. Zdziwiła mnie ta nagła zmiana, ale nie pytałam o to. 
-Wiedziałeś, że to tu jest? - spytałam pokazując na cienki notes. 
-Nie wiem nawet co to jest. 
-To jest notes, jakiś Zac tu zapisywał swoje... przemyślenia, to co się działo na początku. To było piętnaście lat temu. Był tu jakiś Zac Hamilton?
-Nie wiem. - wzruszył ramionami. 
  Westchnęłam i spojrzałam na Ruvika z uśmiechem. 
-Zagrajmy w coś. 
-W co? 
-Wyciągnij ręce. Pokażę ci co i jak. Na pewno to to grałeś z kimś w przeszłości... Weź ręce tak...- zaczęłam mu tłumaczyć. Albo mu się przypomniało albo załapał, bo dobrze się bawiliśmy. Udało mi się rozluźnić atmosferę!
  Wzięłam łyk napoju. Zaczęłam odchodzić od myśli w jakim świecie żyję. Wygląd Ruvika wcale mi nie przeszkadzał. Lubiłam go, a jego wygląd miałam gdzieś. 
-Ciekawe,co tam w mieście... - westchnęłam podpierając się rękoma. 
-Możemy sprawdzić. Nic nam aż tak nie grozi. 
-A szkieletory? 
-To tylko jeden minus. 
-Mam broń w kurtce. Unieruchamia cel i po chwili pocisk zabija... Wezmę to w razie czego. 
-Jesteś pewna? - spytał ostrożnie. 
-A ty? - spytałam kiedy wyszliśmy na zewnątrz. 
  Kiwnął głową i poszliśmy w stronę miasta. Chodziliśmy po sklepach i po mieście nie przejmując się SB. Jednak... jak na złość jeden z nich się pojawił.
-Jesteście zakażeni? Stać! 
-Nie jesteśmy, odłóż broń. - odpowiedział spokojnie Ruvik.
-Cisza! - podniósł broń i zbliżył się przykładając Ruvikowi do głowy broń.
  Wtedy ja podniosłam swoją i przyłożyłam mu to głowy. 
-Opuść broń, bo strzelę.
  Wojskowy SB zaśmiał się nerwowo. 
-Ja strzelę.
-Spróbuj, rozwalę ciebie i całą resztę Strefy. Tylko lekko pociągnij za spust, strzelę. 
-Wtedy SB zabije ciebie.
-Jestem córką twojego szefa, więc ja mogę strzelać do kogo chcę. No już. Opuść broń i odejdź. 
  Speszony wojskowy odszedł nerwowym krokiem pokasłując. Opuściłam broń i westchnęłam. Nigdy chyba się tak nie bałam o czyjeś życie, przynajmniej nie w tym odstępie czasu kiedy odeszłam z SB. 
-Umiesz strzelać z tego czegoś?  
  No tak, elektrobroń wygląda jak zmutowane coś lekko przypominające broń... 
-Nie. Ale cicho. - zaśmiałam się i poszłam z nim przez pustą galerię.
  Ściemniało się. Kiedy wychodziliśmy zobaczyłam, że wszędzie są szkieletory. 
-O cholera... - szepnęłam. Zamurowało mnie. 
-Uciekamy. Już. - mruknął Ruvik i pociągnął mnie w stronę wyjścia.
  Niestety - szkieletory nas doganiały. Pędziliśmy w stronę granicy, kiedy ją przekroczymy Ruvik może użyć czaru. 
-Teleportuj nas gdzieś! Szybko! 
-Jeszcze nie tutaj.
  Szkieletor zadrapał mi plecy. Bolało jak cholera. Czułam, jak substancja leci mi po plecach. Nie mogłam powstrzymać łez. Boli. Cholernie. 
  Nareszcie przekroczyliśmy granicę, Ruvik teleportował nas do szpitala. Odetchnęłam z ulgą. Dobrze, że Ruvikowi nic się nie stało...