Nie wiem czy jest jakikolwiek sens opowiadania całej historii tego jak to się zaczęło. To - epidemia, zaraza, infekcja... nazwać sobie to można jak się chce. Wiele jest nazw które określały by to ''coś'' i wszystkie z nich pasują idealnie. Hogwart stał się jakby fortecą, jedynym bezpiecznym domem w tym rejonie dla ludzi jak i czarodziejów. Ja byłam mugolem, tak się kiedyś nazywało ludzi. Teraz są trzy rasy, a mianowicie - zombiaki, czarodzieje i ludzie/mugole. Jednak... jest coś co powinnam wyjaśnić. Od zombiaków biegnie tak jakby gałąź prowadząca w dół, tak, chodzi mi o szkieletory. To jest, jak mówił mi tata, efekt uboczny mutacji. Zombie kiedy mają już dość męczącego żałosnego ''życia'', stają się szkieletorami, zdzierają z siebie skórę, mięso jakie im pozostało i... oto są - czarne szkielety jedzące mózgi. Niby nie ma różnicy, ale w porównaniu do zombiaków, szkieletory potrafią jakoś myśleć, a przynajmniej kombinować... wychodzi na to samo.
Siedziałam z Gale'em w sali treningowej. Sala ta była tam, gdzie kiedyś lochy w Hogwarcie. Mój ojciec trochę pozmieniał i zrobił wielką salę. Przez minione dwieście pięćdziesiąt siedem lat ludzie i czarodzieje wynaleźli coś co zastąpiło różdżki niektórym czarodziejom od kiedy wybuchnęła epidemia. Na świecie jest dziesięć stref bezpiecznych od infekcji... tak, to mało. Równie dobrze mniej jest ludzi niż zombie. To drugie teraz przejęło całą ziemię, zabiło tyle osób... Ale wracając do zaklęć... to nie działa na zombie. Nie zabije się ich podpaleniem ciała, czy klasycznym znanym czarodziejom zaklęciem... nie pamiętam jak to szło, jestem tylko człowiekiem... w każdym razie chodzi o klasyk - czar na umieranie.
-Ile on tam siedzi? - spytała siostra Gale'a.
-Nie wiem Sarah... półtorej godziny?
-Chciałabym by już wyszedł... - mruknęła pod nosem.
-Ja też chciałabym, by mój tata wyszedł.
-Przecież wiesz, że chodzi mi o Martina.
Tak, Sarah była zakochana w Martinie, osiemnastoletnim wysportowanym żołnierzu. Ten facet to kawał ''twardziela'', że tak powiem. Sarah lubiła go, był cenionym w grupie żołnierzem, przynajmniej przez mojego ojca... a to już naprawdę coś.
W końcu!
Wyszli, najpierw Martin a za nim dwóch innych. Jeden to Alex, a drugi... jakoś nie kojarzyłam go. Ale był przystojny... jak wszyscy w wojsku. Gale miał za zadanie głównie chronić terenu, przywiązywał wielką odpowiedzialność do tego co mówi, robi... był dobrym wojskowym, ale także najlepszym przyjacielem.
-Jak tam na posiedzeniu? - spytała Sarah patrząc się tylko na Martina, jednak on nie bardzo zwracał na nią uwagę.
-Twój ojciec to ma jednak charakterek. - mruknął Alex.
Ten nowy usunął się gdy mój ojciec go wezwał. Zamknął drzwi a potem wszedł do środka jeszcze Alex i Gale. Siedziałam i czekałam cierpliwie z Sarah aż przyjaciele wyjdą. Potem zawołali też mnie i przyjaciółkę. Tata siedział w niewielkiej sali. Tutaj wszystko było odnowione, inne. Ta część Hogwartu nie wyglądała wcale jak Hogwart tylko dział dla zaawansowanych luksusowych wojskowych... tak ja to nazywałam.
-Kończą się zapasy. - zaczął tata i spojrzał się na mnie.
Kiwnęłam głową i spojrzałam na twarz Gale'a.
Rozumiałam go, jednak nie wiedziałam co czuł kiedy zombie na jego oczach rozszarpało jego matkę a potem pożarło mózg i całą resztę. Jednak byłam dla niego wsparciem a on był twardy, lubił rozwalać zombie... ja nie za bardzo. Unikałam tego jak ognia. Po prostu.
-Pójdziemy tam. - uśmiechnął się do mnie Alex kiedy miałam wychodzić niezauważona.
Pff... ta, niezauważona! Dobre.
-Em... - przeciągnęłam odpowiedź i szukałam wytłumaczenia, jednak tata wpatrywał się we mnie takim lodowatym wzrokiem... mrożącym. - Pójdziemy tam.
-Więc chodźmy.
Nagle włączył się alarm, tata kazał nam nie przerywać ''akcji'' i robić to co mamy zrobić. Tata ryzykował wypuszczając mnie tam, jednak byłam z zaawansowanymi ludźmi... chociaż takich to i tak szkieletor może zabić. Bałam się o nich, o moich przyjaciół.
Przyszedł do nas ten nowy, nadal nie znałam jego imienia, był dziwny, inny... ale nadal zabójczo przystojny. Zignorowałam to jak patrzy się na Sarah, wiedziałam, że ona tez to zrobiła i chce żebym zrobiła to samo. Rozumiałyśmy się bez słów. Ten facet był mi obojętny, obchodził mnie jak zeszłoroczny śnieg. Tylko jak każda dziewczyna zwracam uwagę na przystojnych mężczyzn.
Tak, pięknie powiedziane, Rosalie.
-Idziemy z Sarah po broń. - powiedziałam i pociągnęłam za rękę przyjaciółkę.
Usiadłam na podłodze wyjmując z jednej ze skrzyń elektrobroń. Są jeszcze inne dziwne nazwy broni o których nikt by nie śnił. Ale były zaskakująco fascynujące, ich mechanizm był tak skomplikowany i niepojęty dla mnie, że często zamiast strzelać zastanawiałam się czy dobrze trzymam elektrobroń, czy sama siebie nie postrzelę. Jednak... lata nauki... i chyba to opanuję. Na razie żaden z moich przecudownych kolegów nie ma zamiaru mnie z tym obeznać. Mówią '' Tatuś szefuniuś ci pomoże''. Wkurzało mnie to, jednak ignorowałam.
-I co? Jak z Martinem? Zagadaj coś... - szepnęłam tak, by nie usłyszał.
-To czarodziej... a ja? Ja jestem marnym mugolem.
-Ale ty bredzisz. - westchnęła na to i wzruszyła ramionami.
-Ale ty pinda jesteś.
Zaśmiałam się.
-Tak zawsze mówił do mnie tata... - wspomniała dawne czasy.
-Teraz ty mówisz tak do mnie, co nie? - pocałowałam ją w policzek i podałam broń.
-Idziemy?
-Czemu Elektrobroń?
-Bo innymi nie umiem się obsługiwać, poza tym chłopcy mają przy sobie swój profesjonalny ekstra sprzęt.
-To... co? Idziemy. - westchnęła i poszłyśmy.
Jak przed każdą akcją... bałam się.
Cholera, jaką ja mam gęsią skórkę...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz