-Jak się otworzą drzwi szybko wjeżdżajcie. -powiedziałam.
Otworzyłam właz i weszłam do środka.
Musieliśmy sie przygotować do walki. Stwierdziłam więc że najlepszym miejscem na to będzie mój dom czyli stary bunkier wojskowy ukryty pod ziemią w lesie.
Weszłam do środka i skierowałam sie do garażu. Dawno drzwi wjazdowe nie były otwierane.
Otworzyłam je. Pierwsze otworzyły się normalnie i bez problemu. Zobaczyłam długi i szeroki korytarz. Czekałam i nasłuchiwałam. Po chwili zobaczyłam światła i samochody. Odetchnęłam z ulgą. Kiedy tylko zaparkowali w głównym garażu zamknęłam ostatnie bramy wjazdowe.
-Gotowi? to za mną. Witam w moim domu.-powiedziałam i ruszyłam pierwsza.
Zeszliśmy po schodach na dół. Potem szliśmy długimi korytarzami aż wreszcie dotarliśmy do głównej bazy.
-Bunkier jest ogromny jednak znam cały na pamięć. Za tymi drzwiami jest korytarz z pokojami od 1 do 52. idźcie i odpocznijcie. Zawołam was kiedy wszystko będzie gotowe. Musicie mieć dużo siły.
Wszyscy się rozeszli ale został Gale i Martin.
-Pomożecie mi przy robieniu jedzenia? Potem ogarniemy okolice.
-To może wyślemy kogoś by rozejrzał się?-zapytał Martin.
-Nie ma takiej potrzeby. Cały teren przy schronie w obrębie prawie kilometra jest pod ciągłą obserwacją. Wszędzie są zamontowane kamery które są zasilane prądem który jest robiony w podziemiach bunkru za pomocą zasilania rzeki oraz dodatkowo dzięki panelom słonecznym.
Poszliśmy do kuchni. Kiedy dotknęłam drzwi by je otworzyć wspomnienia wróciły. Ślady krwi zmyłam jednak wgłębienia po czarnych trupich palcach zostały.
-Coś sie stało Zoe?-zapytał Gale.
-Nie. Wszystko dobrze.
Weszliśmy do kuchni. Była duża.
-W tamtych szafkach są konserwy. Chleb jest schładzany w tamtym pokoju wystarczy go włożyć do mikrofali na chwilek i jest jak świeży. Martin zacznij już coś przygotowywać a ja z Galem pójdziemy do ogrodu.
-Ogrodu?-zapytał Gale kiedy szliśmy korytarzem.
-Moja rodzina długo tu mieszkała. Tata z mamą przystosowali cały ten obiekt by nie było potrzeby nawet z niego wychodzić.
Otworzyłam drzwi i znaleźliśmy się w ogromnym pomieszczeniu.
Usłyszałam westchnięcie Gale'a. Tu na prawdę było pięknie nie dziwie się mu.
Poszliśmy alejkami.
-Boisz się?-zapytał.
-Czego?-zapytałam zaskoczona.
-Śmierci
-Nie. Już raz umarłabym gdyby nie Rosalie. Nie chce umierać jednak śmierci sie nie boję. A dlaczego pytasz?
-Wiesz że możemy stamtąd nie wrócić.
-Wiem. Jednak nie podam się i będę walczyła. Wole zginąć w walce niż ukrywając się.
-Kim był twój ojciec?
-Zwykłym człowiekiem.
-Nie służył może w wojsku?
-Służył.
-Widać.
-Nie rozumiem.
-Wpoił Ci typowe dla żołnierzy zachowania.
-Dbał po prostu o moje bezpieczeństwo. Mama też sie starała jednak magia nie istniała wtedy.
-Twoja mama była czarodziejem?
-Bardziej medium.
-Ciekawe. Dlaczego nie przewidziała własnej śmierci?
-To tak nie działa. To nie zależało od niej.
-No dobrze.
Zapadła cisza jednak nie była ona niezręczna. Spojrzałam mu prosto w oczy. Zauważyłam że ma bardzo smutne oczy. Zaciekawiło mnie to jednak kto w tych czasach mógł sobie pozwolić na szczęście? Dlatego trzeba to zmienić.
Już miałam mówić byśmy szli dalej kiedy pocałował mnie.
Poczułam sie dziwnie. Nie wiem jak to opisać...
****
Weszliśmy do kuchni niosąc skrzynki z warzywami.
-Co tak długo?-zapytał Martin.
-Już jesteśmy.-powiedziałam i spojrzałam dyskretnie w stronę Gale'a.
Zrobiliśmy jedzenie i roznieśliśmy wszystkim. Nigdy tu nie było aż tylu ludzi. Kiedy już każdy zjadł poszliśmy do pustej hali gdzie przygotowaliśmy broń i trochę poćwiczyliśmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz