Moja rana goiła się, lecz szkieletory zaczęły szaleć, były coraz bardziej rozwścieczone. Strefa Bezpieczna na pewno potrzebuje pomocy...Musiałam coś zrobić. Jednak na razie relaksowałam się przy muzyce Petera Gabriela. Notatki wszystkie zostały przeze mnie przeczytane... Zac Hamilton nic nowego nie wniósł do mojego życia, Alice zmieniła się w zombie a Zac skończył jako pokarm dla zombie a cała jego historia skończyła się tak dziwnie... przewidział wszystko co się miało zdarzyć... Wszystko wiedział...Jak? Nie wiem.
Relaks w tej chwili był dla mnie czymś ważnym. Siedziałam na parapecie i wpatrywałam się przez okno na otwarty świat i gdzieś tam widziałam SB i miasto. Co ja bym dała, by ludzie i czarodzieje zyskali spokój... by było jak dawniej...
Jednak gdy tak sobie siedziałam zaczęło dziać się coś dziwnego, po relaksowaniu moja rana zaczęła się sama z siebie goić. Zaczynało mnie to niepokoić, może to sprawa Ruvika? Nie, przecież on prawie nie używa magii.
Podeszłam do stolika i wyjęłam z szuflady nóż, zacięłam się na ręku, czekałam aż spore zacięcie samo się zagoi, jednak tak się nie stało. Dotknęłam go ręką a tu... kiedy podniosłam dłoń rana zniknęła. Przecież chciałam tylko zatamować krwawienie... Dziwne.
Poszłam do Ruvika, usiadłam bez słowa na krześle szpitalnym i machałam nogami wpatrując się w niego. W końcu spojrzał na mnie a ja uśmiechnęłam się. Jednak nie było mi do śmiechu.
-Wiesz... stało się coś dziwnego...
-Co takiego?
-Zobacz na moją ranę na plecach. - odwróciłam się - Nic. A przecież była poważna, głęboka... bolało jak cholera i nagle gdy się relaksowałam zagoiła się.
-Hmm..
-A tu - wskazałam na rękę gdzie zrobiłam sobie ranę wcześniej - nożem zacięłam się żeby zobaczyć czy ona też się po chwili zagoi, jednak tak się nie stało. Chciałam zatamować krwawienie, bo zrobiłam sobie sporą ranę ale gdy poczułam pod palcami że nic nie ma... podniosłam ją i dobrze czułam. Coś ze mną jest nie tak, emanuje jakąś energia czy coś?
-Nie umiem tego pojąć, jesteś człowiekiem?
-W sensie... wiesz... tak utrzymywano w mojej rodzinie. Nie pamiętam mojej mamy, jakby mi ktoś ją wymazał z pamięci a mój ojciec był przeciwnikiem magii i... czasem myślałam, że on sam zrobił ten sajgon tylko po to, by zapobiec rozpowszechnianiu się magii. Nigdy nie lubiłam się z moim ojcem, wieczne problemy były ze mną od dziecka, gdy mówiłam o Hogwarcie denerwował się. Nie był dobrym ojcem ani mężem. Pamiętam to co mówił mi i mamie, wcale nas nie kochał. Teraz to sobie uświadomiłam, gdy jakimś cudem zapomniałam o mamie on stał się gorszy, ale udawał że jestem najważniejsza... Wierzyłam mu bezgranicznie; teraz to się zmienia. Jak ja. Czemu uleczam?
-Nie wiem...
-Mogę uleczyć twoje rany? - spytałam tym samym mu przerywając.
-Nie. Nie da się.
-Nie próbowałeś...
-Próbowałem na sobie.
-Ale czary są słabe, nie działają. Nie pamiętasz co tu się dzieje na świecie? Oprzytomniej! Chcę ci pomóc, nie odrzucaj mnie po raz kolejny. Może gdy się podszkolę i nabiorę sił twoje rany będę w stanie uleczyć, chociaż część. Chciałbyś być taki jak kiedyś? Prawda? Wszyscy chcemy.
-Ty jesteś normalna...
Odwróciłam się i odsłoniłam plecy. Miałam całe poparzone, nie było tam skóry. Połowa moich pleców była oszpecona tymi poparzeniami.
-Co ci się...
-Nie wiem, nie pamiętam co mi to zrobiło. Kto mi to zrobił...Kiedy pytałam o to ojca za każdym razem wyrzucał mnie z pokoju... Chciałabym wiedzieć co mi się stało, ale nie pamiętam. To nie jest normalne, ale widzisz, że rana jest poważna i podobna do twojej. Wydaje mi się, że mój ojciec jest źródłem zmiany zachowania szkieletorów a zombie giną bo mój ojciec się boi o zmiany i powrót magii. Wrócę tam do SB zbadam sprawę i wrócę.
-Nie chcesz to nie wracaj..
-Jedyną rzeczą którą chcę w tej chwili to zostać tu z tobą... ale muszę sprawdzić co się dzieje. Wrócę, obiecuje. Przynieść ci coś?
-Nie.
Wyszłam i pobiegłam do SB. Wpuścili mnie tam bo w sumie wejścia nikt nie pilnował. Było pusto, mury Hogwartu były zniszczone, dziurawe i nie takie jak kiedyś. Weszłam do bazy w podziemiach i usłyszałam krzyki. Poszłam w ich stronę i zauważyłam Gale'a. Boże, mój przyjaciel nadal żyje!
Wbiegłam do środka i zauważyłam dziewczynę. Musiałam jej pomóc, poczułam nagłą potrzebę. Odsunęłam Gale'a i ochroniarzu, zajęłam się dziewczyną. Zaraz była nieprzytomna.
-Nie zasypiaj, nie zasypiaj... - szepnęłam i zbliżyłam dłoń do jej rany.
Wessałam w siebie jej truciznę, wchłonęłam ją w siebie i zniszczyłam. Nie wiem jak to zrobiłam. Jej rany również poznikały a ona spała.
Nagle... stałam za nią. Ona szła w stronę światła. Jak banalnie i absurdalnie to brzmi...
-Hej! Stój!
Odwróciła się i zaskoczona zobaczyła znikające światło.
-Muszę iść... mam dość...
-Jest sposób na ocalenie świata!
-Masz moc by powstrzymać tę zarazę?! Nikt nie ma.
-Mój ojciec ją podtrzymuje, zakaża w laboratorium ludzi, wiem wszystko!
-Chcesz zabić ojca?
-Najpierw wróć... Nic ci nie grozi. Jeśli nie chcesz tu być pomogę ci wyjść z SB.
Zawahała się jednak przypomniała sobie mnie z tamtej chwili w lesie. Tak, to ta dziewczyna. Złapała mnie za rękę i obudziłyśmy się. Otworzyła oczy i spojrzała na mnie.
-Gale, wyprowadź wszystkich. Siebie też.
-Ale...
-IDŹ.
Gdy wyszli odetchnęłam z ulgą.
-Jak się nazywasz?
-Zoe...
-Chodź.
-Jak mnie uleczyłaś?!
-Nie wiem. Dla mnie to też jest dziwne i niepojęte. Muszę cię wyprowadzić. Jest niebezpiecznie... proszę. - podałam jej broń. Dwie bronie jej starczą, naboje się nie kończą więc myślę, że sobie poradzi.
-Chodź teraz. Tylko dotykasz tutaj i strzelasz.
-Ale trzeba zabić twojego ojca zanim...
-Zabiłabyś swojego ojca? Ja nie potrafię chociaż wiem co robi... Musze nad tym pomyśleć...
-Gdzie mogę cię znaleźć w razie czego?
-Szpital psychiatryczny.
O boże, jak to zabrzmiało...
Gdy ją wyprowadziłam bezpieczną, pożegnałyśmy się i każda poszła w swoją stronę. Wróciłam do szpitala i usiadłam naprzeciwko Ruvika.
-Uleczyłam zakażoną umierającą dziewczynę. - szepnęłam.
Zdziwiony spojrzał na mnie.
-No, wow. Brawo. Nie umiem cię rozszyfrować.
Uśmiechnęłam się.
-Ja nie wiem jak to zrobiłam.
-Ja też nie wiem.
-Jestem dziwna... jak mogę leczyć z zakażenia? Skoro jestem tak dobra w tym a o tym nie wiem... może mogę uleczyć ciebie z tych ran? Pozwól mi...
-Nie dasz rady.
-Dam.
-Poczekajmy... Muszę to przeanalizować.
-Tu nie ma czego analizować. Nie mamy czasu. Uleczę cię, zbierzemy zombie które jeszcze żyją i które są pół wyleczone. Pójdziemy na SB. Musi paść. Ja zabiorę kilku żołnierzy ze Strefy którzy na pewno staną po mojej stronie. Mój ojciec stoi za całą epidemią, nie mógł znieść tego, że magia okazała się prawdą. Był przeciwnikiem tego. Próbował zniszczyć całą magię i nauczycieli w Hogwarcie. Pomyśl... każda chwila byłaby zapamiętana, każdy martwy człowiek żyłby teraz gdyby nie mój ojciec. On z naukowcami to zaplanował, jest chory psychicznie a trzeba go zniszczyć... tylko ja nie dam rady.
Westchnął ciężko myśląc nad tym.
-Chodź, rozerwiemy się. - złapałam go za rękę i poszliśmy do tego pokoju w którym spędzałam czas.
Muzyka Petera nadal grała. Było tu nie jak teraz w tej okropnej epidemii, tylko jak kiedyś. Uczucie bezpieczeństwa, miłości i dobra krążyło dzięki temu, że udało mi się tu choć trochę posprzątać, udekorować drobiazgami które znalazłam i muzyką. Wprowadziłam światło zdzierając dechy z okien. Było tu ładnie. To poruszyło moje serce gdy tu weszłam. Usiedliśmy na łóżku.
-Co teraz zrobimy? - spytał. - Zabijesz swojego ojca?
-Nie ja. Nie wiem kto to zrobi, na pewno nie ja... Nie myślmy o tym...
Wyciągnęłam aparat i próbowałam rozluźnić atmosferę.
-Słuchaj... może popróbuję na tobie z tym uleczeniem? Będę próbować, może nabiorę wprawy i sił... wtedy rany znikną. Wyleczę cię jeśli mam przypłacić to życiem, nie mam nic do stracenia... Co ty na to? Można spróbować...? - spytałam uśmiechając się do niego.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz