Stałam wpatrując się w lustro. Nadal widziałam R.Z. uśmiechającą się do mnie. Jej twarz, a raczej moja... czy jej... nie wiem, w każdym razie ona cała była gnijąca i rozpadająca się. Skóra na twarzy odchodziła a pod spodem miała czarny szkielet... czyli to oznacza, że pewnie chce wejść w szeregi szkieletorów... Druga ja, to coś z zombie chce mnie a dzięki lekarstwu może tylko się na mnie patrzeć i głupio uśmiechać.
Chciałabym jakoś pomóc Ruvikowi... Nie jest szczęśliwy z tego kim jest, żyje bo chodzi mu o lekarstwo... Martwiłam się o niego. Na prawdę chciałabym mu pomóc... Nie wiedziałam tylko w jaki sposób...
Poszłam do niego tam gdzie przesiadywał. Odwrócił się do mnie i nie czekając aż coś powiem on zaczął.
-Ludzie z SB są w lesie. Wiesz coś o tym?
-Nie, skąd... Pewnie wyszli do miasta przez las zbadać teren...
-Nie chcesz do nich wrócić?
-Nie. Chcę zostać tutaj z Tobą...
-Dlaczego nie odstraszam cię jak resztę?
-Bo jesteś człowiekiem. Bo wiem, że jest w tobie coś z człowieka i można ci pomóc wrócić do normalności. Wiem, że tamte czasu mogą wrócić a ty jesteś ratunkiem bo nikt inny w SB nie szuka lekarstwa... Wierzę w ciebie i chcę ci pomóc w znalezieniu go i chcę pomóc tobie.
-Nie da się. Spójrz na mnie.
-Widzę człowieka który potrzebuje pomocy. - odparłam i spojrzałam na niego. - Mówię szczerze, nie mam powodów do kłamstw. - Chodź ze mną.
-Gdzie? - spytał zaskoczony. - W lesie jest SB.
-Na tył szpitala. - uśmiechnęłam się. - No chodź!
-Ale po co? Są tam pewnie inne potwory jak ja...
-Jeszcze raz powiesz o sobie potwór przy mnie a... a... a coś wymyślę! Przestań. Jesteś taki jak ludzie... Boże... w sumie nie ma się czym chwalić...
-Czemu tak uważasz?
-Ludzie sami sobie zgotowali tą epidemię, naukowcy chcieli udoskonalić świat a go zniszczyli. Nie uważasz, że nasza rasa teraz jest jedną z gorszych? Zombie to tylko ofiary tak samo szkieletory... Zombie można pomóc... Nie są niczemu winne a zabija się je bo chce się być bezpiecznym... Ludzie to popieprzony gatunek. Chodź, proszę.
Bez słowa ruszył za mną. Już zdażyłam poznać korytarze te, które były dostępne dla mnie. Wiedziałam, że do pewnych pomieszczeń nie powinnam wchodzić i tego się trzymałam. Chodziłam tylko tam gdzie mogłam i tak cicho, by nie przeszkadzać Ruvikowi. Starałam się być jak najmniej widziana na jego oczach tylko dziś chciałam zrobić coś... coś innego.
Stanęliśmy w pomieszczeniu przez które wychodziło się na tył szpitala. Przeszliśmy tam, była piękna pogoda. Boże, jak tu cudownie... Szpitale miały swój urok... to brzmi dziwnie. Ale nie oszalałam, jeszcze nie. Nawet jeśli... ten świat jest zbyt szalony i pokręcony, ktoś szalony będzie tu pasował jak ulał a przecież dziwactwo to nic złego.
-Po co tu jesteśmy?
-Przestań być taki...
-Jaki?
-Właśnie taki. Nie okazujesz uczuć...
-Straciłem swoją miłość, ty też, znasz to uczucie.
-Znam, ale chciałabym ci pomóc! Nie wiem czemu pomagasz mi, jestem ci obojętna... ale ty dla mnie właśnie nie. Chciałabym ci pomóc obudzić uczucia, poruszyć serce...
-Nie da się od odejścia Mary.
Odgarnęłam włosy i spojrzałam na niego.
-Zombie. - szepnął.
-Co...? - odwróciłam się i rzuciłam w jej głowę nożem. Padła wykrwawiając resztki krwi z martwego mózgu. - Automatycznie to robię...
-Skąd miałaś nóż?
-Wzięłam z kuchni na dole... taki mały podręczny...
Kiwnął głową powoli i spojrzał na mnie powracając do przerwanej rozmowy.
-Ja rozumiem, że Mary odeszła... Rozumiem to co czujesz... Staram ci się pomóc, nam pomóc... Kiedy zaczniesz czuć tak jak kiedyś, twoje serce drgnie minimalnie zaczniesz być znów w pełni człowiekiem...
-Nie wierzę w taką zmianę z potwora. Poza tym nie jestem zombie by zmienić się przez uczucia, to bajka.
-To nie bajka, Ruvik. - powiedziałam spokojnie. - Proszę, daj sobie pomóc... Martwię się...
-Nie potrzebnie.
-Ruvik... To co, że nie jesteś zombie. Jesteś człowiekiem i można ci pomóc. Gdzieś tam twoje serce się zamknęło, jeśli się je ruszy uwierz mi, że rany znikną a ty się zmienisz... Chociaż troszkę... daj sobie chociaż troszkę pomóc...
-Jak masz zamiar poruszyć moje serce? Co? Jak?!
-Po pierwsze... bez nerwów. - uśmiechnęłam się lekko. - Po drugie... przywołaj swoje wspomnienia, te najpiękniejsze, te które na pewno cię poruszą...
-Nie.
-Dlaczego...?
-Bo w nich jest Mary!
-Musisz to przełamać...
-Nie. NIE!
-Ruvik, spokojnie, wiesz, że chcę ci tylko pomóc...
-Nic nie pomożesz.
-Pozwól mi pomóc... proszę...
-SB jest w mieście. Idź, jeśli chcesz.
-Nie chcę, chcę tu być Ruvik, pozwól mi pomóc...
-NIE I KONIEC! Odejdź.
-Co...? Ale... ale... Ruvik...
-ODEJDŹ! TERAZ!
-Przepraszam, Ruvik... przepraszam... Nie chciałam...
-ODEJDŹ POWIEDZIAŁEM! - Krzyknął.
Powstrzymałam łzy a on wyparował. Musiałam się zebrać na odwagę by wyjść stąd. Jednak nie czekałam, nie chciałam go dłużej denerwować... po prostu poszłam w las. Wyjęłam z kurtki wykrywacz, pokazuje czy w pobliżu są SB. Nie, nic nie pokazuje. Nigdy to nie zawodzi, a każdy z żołnierzy Strefy Bezpiecznej ma nadajnik który jest zawsze widoczny na wykrywaczu. Żadnej zielonej kropki. Zielone, to żołnierze, a czerwone to zakażeni. To urządzenie nie potrzebowało baterii. Nie zaszłam daleko, usiadłam na pobliskim drzewie, wspięłam się na samą górę i myślałam... sama nie wiem o czym. Chciałam pomóc Ruvikowi... Skoro mnie wygonił... powinnam tam nie wracać...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz