poniedziałek, 29 czerwca 2015

Od Rosalie

  Uśmiechnęłam się i jechałam szybko, byle jak najdalej stąd. Nie powinniśmy się zatrzymywać... Nie tutaj, nie teraz. 
-Nie możemy chodzić tam, gdzie krew...
-Wiem, że cię to przeraża, przepraszam...
-Nie to, że przeraża... - zamilkłam. 
  Nie chcę mówić mu o tym, co mi się przydarzyło. Martwe zwierze czy martwi ludzie to pikuś, w SB było tego pełno. Chodzi o to, że mam jakąś specjalną więź z moją matką, ale większą mam z Rajanem. Widzę lub słyszę różne rzeczy których albo nie powinnam widzieć... albo słyszeć. Myślę, że moja mama maczała w tym palce. 
  W szpitalu poprosiłam, a raczej zażądałam najlepszego lekarza w tym szpitalu. Podszedł mężczyzna, wysoki, około trzydziestki. Przystojny blondyn. Ja z miną obrażonej dziewczynki wskazałam na Rajana. Lekarz spojrzał się na mnie dziwnie... jakby... chciał... 
     Nie. Mam za dużą wyobraźnię. 
-Co panu dolega?
-Zemdlał nagle kiedy byliśmy w drodze. - wtrąciłam - Nie wiem co mu jest w każdym razie chcę żeby pan go zbadał. Głowa itp... 
-Spokojnie Rosie. 
-Skąd zna pan moje imię? - zdziwiłam się tak jak i Rajan. 
-Słyszałem. 
-Od kogo niby? Przepraszam, ale skąd pan...
-Może pani wyjść? Chciałbym porozmawiać sam na sam z pacjentem.
  Parsknęłam i wiedziałam, że to była tylko wymówka żeby się nie zaplątać. Skąd znał do cholery moje imię? Skąd?! Czy może znał moją mamę...? 
  Drzwi jego gabinetu były uchylone. Weszłam przez szparę, byłam dość chuda by się przecisnąć przez nią. Potem schowałam się za zielone szpitalne zasłonki. Wychyliłam się i obserwowałam wszystko. 
-Jest pan zdrowy, nic nie widzę...
-Skąd pan zna jej imię?
-Ech... Jestem Thomas Scott. Ona mnie nie zna, miała mnie nigdy nie poznać... 
-Chodzi panu o Rosie, tak?
-Tak. To ona była córką Elizabeth, jej matki... No, ale także i moją córką. Gdy jej mąż dowiedział się o naszym romansie zabił ją, a potem ścigał mnie. By wykończyć nas, chodzi mi tu o czarodziejów... wywołał epidemię, zapłacił sporo naukowcom, wszystko zaplanował. Rosalie miała się o tym nie dowiedzieć...
  Zrobiłam hałas zahaczając nogą o metalowe krzesło bujane, które się prawie wywróciło. Chciałam tylko wyjść, a zdradziłam swoją pozycję. Zawsze niezdara...!
  Gdy mnie zauważyli uciekłam gdzieś, wybiegłam na tył szpitala przebijając się przez tłum ludzi. Usiadłam na schodach, po chwili namysłów pojawiła się koło mnie moja mama. 
-Czemu mi nie mówiłaś?
-Chciałaś mieć normalne życie. Wiedziałam, że tak chciałaś. 
  Spuściłam wzrok a ona szepnęła.
-Spójrz na mnie, córeczko. 
  Podniosłam wzrok na nią, a ona tylko się uśmiechnęła.
-Jesteś piękna. Moje słoneczko. - przytuliła mnie delikatnie. 
-Mamo, czy ty... w jakiś sposób nas połączyłaś?
-Ze mną byłaś połączona od urodzenia. Nie miałam na to wpływu. Gdy umarłam tydzień później więź się złamała, a teraz widzę kto jest dla ciebie całym światem...
-Kto?
-Wiesz.
-Połączyłaś mnie z Ruvikiem?
-Nie. Sama to zrobiłaś nieświadomie. Jesteś czarodziejem - po mnie. Nie wiesz co jak i kiedy robisz, wiem, że on ci pomoże nad tym zapanować, ale zaklęcie wiążące nie jest łamliwe gdy rzuci się je nieświadomie. Ze mną nadal masz minimalną więź, dlatego mnie widzisz. 
-Czyli, że kiedy...
-Są różne rodzaje zaklęć wiążących, Rosie. 
-Jakie rzuciłam ja? 
-Widzę białą otoczkę wokół ciebie i wokół niego. Biała oznacza, że... gdy on umrze umrzesz też ty. 
-Jak mogłam to rzucić nieświadomie?
-Nie wiem. Niezbadane są zaklęcia rzucane nieświadomie, jak mogłaś to zrobić... tego nie wie nikt. Wiesz to tylko ty, tam w środku. 
  Zniknęła, a ja poszłam znaleźć Rajana. Gdy go zobaczyłam przytuliłam się do niego i poprosiłam, byśmy stąd odjechali. 
  Jestem tak bardzo zagubiona, że nie wiem jakie zaklęcia rzucam... Dziwne... Moja mama czuwa nade mną... jest moim aniołem. Kocham ją za to, że nawet po śmierci mnie nie opuściła. 
  Pojechaliśmy do mojego domu, musiałam wziąć parę rzeczy do szpitala. 
-Nie możesz tam ze mną iść.
-Nie mogę, ale muszę. Nie zostawię cię. 
  Westchnął i poszedł ze mną do domu. 
-Coś do picia? 
-Wodę. 
  Podałam mu kubek z wodą i sobie wzięłam to samo by nie tracić czasu na robienie herbaty czy kawy. 
-Podsłuchiwacz. - rzucił w moją stronę a ja się zaśmiałam.
-Daj spokój... Przepraszam, chciałam wiedzieć co mnie z nim łączy. 
-I patrzył się na ciebie, jakby chciał cię...
-Wiem, wiem... - szepnęłam. 
-Nic ci przy mnie nie grozi.
-Wiem to doskonale. Dziękuje. 
  Wiele razy dziennie sobie dziękowaliśmy. Za różne rzeczy. Rozumieliśmy się czasem bez słów... cieszę się, że go mam. Mama wiedziała doskonale, lepiej ode mnie... że on jest dla mnie teraz całym światem... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz