Obudziłam się rano. Na podłodze w samochodzie leżały szklanki i butelka whisky. Byłam wtulona w Rajana. Podniosłam się by go nie obudzić. Posprzątałam cały syf, wpakowałam to do jakiejś torebki i pojechałam drogą dalej w góry. Wynajęłam domek w górach, był widok na góry i jeziorko, było pięknie. Nie było w pobliżu innych domów, byliśmy sami. Trzeba przejść niewielki odcinek drogi by spotkać następne domy.
Wzięłam butelkę i wyrzuciłam do pobliskiego śmietnika. Usiadłam po turecku obok Ruvika i wpatrywałam się w niego, czekałam kiedy się obudzi. Spał godzinę, a ja mogłam wpatrywać się w niego wieczność. Uśmiechałam się cały czas nie odrywając od niego wzroku.
Zaparkowałam samochód pod wynajętym drewnianym, średniej wielkości domkiem. W środku był piękny, zadbany i miał duże dwa pokoje i salon, a kuchnia to mogłoby być moje królestwo. Jednak zakochałam się w wielkich łóżkach, były naprawdę ogromne - to już to, za co pokochałam ten dom.
Ruvik otworzył oczy. Uśmiechnęłam się szerzej.
-Długo spałem...?
Zaśmiałam się.
-Nie, skąd. Od kiedy ja się obudziłam to spałeś jeszcze dwie godzinki.
-Gdzie jesteśmy? - podniósł się zaskoczony.
-Gdzieś, gdzie będzie spokój i cisza... chciałeś mieć domek w górach, prawda? No to wynajęłam taki najdalej od ludzi, byśmy mieli spokój... no i tu są najładniejsze widoki...
Przytuliłam go.
-Nie musiałaś...
-Odwdzięczyłam się jak mogłam. Też marzy mi się cisza i spokój, to jest jedyne piękne zacisze jakie mogłam znaleźć by nam obu się spodobało, a chyba tobie się podoba...?
-Jasne, że tak...
-Musimy tylko iść do miasta. Mam kartę...
-Skąd?
-Em... Mama miała dla mnie sporo oszczędności. Przekazała mi kartę w jakiś magiczny sposób... Wiesz, że tutaj jesteśmy bliżej Hogwartu?
-Jak to?
-Tamten Hogwart był stworzony przez mojego ojca specjalnie, by sprawiał wrażenie prawdziwego. Ale przecież czarodzieje młodzi, którzy się tam uczyli byli nowi, podpuszczeni przez mojego ojca... a tutaj hotelowy mi powiedział, że jest niedaleko Hogwart, odnawiają go i niedługo będzie nabór uczniów.
-To świetnie... - szepnął.
-Chodź. Musimy zrobić zakupy, miasto jest kilka stup stąd a jak wrócimy do domu to wszystko zobaczysz!
Byłam podekscytowana, szczęśliwa... nigdy nie myślałam, że gdziekolwiek może być tak pięknie. Tutaj są czarodzieje, nauczyciele z Hogwartu schowali się tutaj. Utrzymywali barierę ochronną i każde zombie które tu się pojawiło zostało automatycznie zlikwidowane - spalone.
W mieście był mini kort tenisowy. Przechodziliśmy przez niego na spokojnie. Było tu dużo ludzi, dzieci szczególnie. Machali swoimi różdżkami śmiejąc się, było tu cudownie. Czuć było tę radość... Zero zmartwień...
Zakręciłam się dookoła, było tu cudownie. Nie mogło być lepiej!
-Tu jest świetnie! - przytuliłam się do Rajana. - Czasem mam dobre pomysły...
-Ten był doskonały. Dziękuję.
Uśmiechnęłam się szeroko i poszłam z nim do domu.W drodze pomyślałam, by zadzwonić do Zoe co i jak.
-Hej! Jak tam, Zoe?! Wszystko dobrze? Jak Gale? Jak sprawy się mają?
-Co ty taka radosna? - zaśmiała się. - Wszystko jest dobrze, Seattle przyjęło informacje o śmierci twojego ojca, już w radiu mówią o oczyszczeniu świata z zombie i szkieletorów. Ja i Gale mamy zadanie z naszą grupą, musimy oczyścić teren a Strefa z Seattle zwinie ciała.
-Oh, dobrze... To ja nie przeszkadzam...
-Na razie nic się nie dzieje. Gale i reszta chłopaków wygłupiają się w samochodzie i opijają sukces a ja... no co mam powiedzieć? Ja prowadzę bo oni są troszkę po alkoholu.
-Głupki. - zaśmiałam się - A co masz zamiar zrobić po tej akcji?
-Nie wiem... Zobaczy się... A Ty?
-Jestem z Ruvikiem w górach... jest super! Lepiej być nie mogło... jest tu tak ładnie... Jak będziecie blisko zadzwoń, poprowadzę was... może się zobaczymy?
-No pewnie, jasne.
-Muszę lecieć, zadzwoń później. Pa!
Poszłam z Rajanem do domu. Weszliśmy po ładnie oświetlonych schodach, dom wyglądał jak z bajki, był piękny. Kwiaty były takie bajkowe, śliczne. Były obok schodów i prowadziły do drzwi domu. Zbliżał się zachód słońca.
-Mam nadzieję, że w środku ci się spodoba. Przeleciałam cztery domy ale ten był najlepszy. Wiem, wiem... mamy wracać do szpitala... Jutro pojedziemy i może tu wrócimy? Jeśli będziesz chciał.
Uśmiechnęłam się a kiedy spojrzałam na dom zaparło mi dech w piersiach.
Pomarańczowo-żółte promienie słońca idealnie oświetlały dom. Drewno pięknie wyglądało gdy było oświetlone w ten sposób. Było cudownie, nigdy nie widziałam piękniejszego widoku. Moje słowa zaraz odwołałam, za domkiem były góry, tam dopiero było cudownie. Pod wpływem promieni słonecznych góry wyglądały jak lody o smaku brzoskwiniowym z bitą śmietaną na górze.
Weszliśmy do domu, obejrzeliśmy wszystkie pomieszczenia. Podobało mu się tu, taką miałam nadzieję.
-Zostajemy tu na noc, czy jedziemy do szpitala? - spytał.
-Ty decydujesz.
-Ty też.
-Tym razem Ty zdecydujesz co i jak. - powiedziałam stanowczym tonem co zabrzmiało jak prośba małej dziewczynki.
Zaśmiał się.
-Jutro rano pojedziemy.
No i jak powiedział tak było, rano byliśmy w drodze do szpitala.
-Wrócimy tam, prawda?
-Zostawiliśmy tam rzeczy, pewnie, że wrócimy.
Dojechaliśmy dość szybko do szpitala.Mury strefy były burzone wraz z nędzną podróbą Hogwartu. W mieście byli już ludzie. Mnóstwo dzieci... Miasto było posprzątane, jak gdyby nigdy nic się tu nie stało. Widzę, że Strefa ze Seattle zrobiła swoje doskonale wraz z Zoe i jej grupą.
Wysiadłam z samochodu patrząc na szpital. Już ludzie ze Seattle stali pod bramą.
-Co robimy? - spytałam Rajana szeptem.
-Chodź. - pociągnął mnie za rękę. - Przepraszam, co wy robicie?
-Musimy oczyścić teren.
Odeszłam od Ruvika dyskutującego ze strażnikiem i podeszłam od tyłu do dziewczyny trochę podobnej do mnie, zagarnęłam jej wejściówkę, czy cokolwiek to było i podeszłam znów do Ruvika.
-Przepraszam, że przeszkodzę, ale ja mam tu wejście.
Rajan spojrzał na mnie jak na szaleńca.
-Co ty robisz, Rosie? - szepnął mi do ucha.
Uśmiechnęłam się lekko tylko tak, żeby on widział.
-Mam wejściówkę. - zachowałam powagę i podałam strażnikowi kartę.
-Hm... Ma pani racje... - zmierzył mnie i pozwolił wejść. - Ale on nie.
-On przede wszystkim, proszę pana. - powiedziałam stanowczym głosem.
-Macie dwadzieścia minut.
Wpuścił nas a my weszliśmy do szpitala jak do siebie. Zaśmiałam się gdy byliśmy sami.
-Oszalałaś?!
-Przecież zadziałało! - wybuchnęliśmy śmiechem.
Schowałam wejściówkę do spodni z tyłu i poszliśmy wgłąb szpitala.
Gdy Ruvik sprawdzał pomieszczenia, ja chodziłam z nim. Nie mogłam go zostawić, chyba, że poprosi mnie bym zostawiła go samego... Spojrzał na zdjęcie Marry. Przegryzłam wargę i stanęłam na przeciwko niego.
-Już dobrze. Wiesz, że jej dusza na pewno jest w lepszym miejscu.
-Na pewno...
-Chodźmy. Nie mamy dużo czasu, strażnik ostrzegał, że mamy tylko dwadzieścia minut.
Spojrzałam na niego.
-Tak, tak... masz rację.
-Co chcesz tutaj zrobić?
-Pożegnać się z tym miejscem... zobaczyć, czy coś jeszcze możemy stąd wziąć...
-Możemy się teleportować do samochodu, nie ma tu już bariery blokującej.
-Tak?
-Tak, zobacz...
Uniosłam rękę i rozpaliłam mały promyczek ognia, w kilka sekund zgasł, bo ja nie umiem utrzymać jeszcze takiej mocy bez różdżki. Mogę bez niej tylko leczyć... No i coś nowego... - zamienić się z kimś ciałem. Może być to wyimaginowana istota, może być to duch, może być to coś czego nie widzę. Mama mówiła mi, że ja nie panuję nad tym co się dzieje. Skoro mam więź z Rajanem... to dobrze... Na razie mamy piętnaście minut na bycie w tym psychiatryku.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz