niedziela, 2 sierpnia 2015

Od Clear

Siedziałam w sali zabaw i oglądałam telewizję. Wiedziałam że i tak tego nie będę pamiętać z wiadomości które oglądałam lecz... tak czułam się bardziej normalna.
Podeszła do mnie pielęgniarka.
-Jak tam?-zapytała.
-Normalne, Jak co dzień.
-Słuchaj mogę ci pomóc. Wczoraj rozmawiałam z tobą. Wiem że tego nie pamiętasz lecz to nie stoi a przeszkodzie. Mam pomysł. Kupiłam kamerę. Będziesz nagrywać każdy dzień. To ci pomoże w pamiętaniu tego co było wcześniej.
-Tak myslisz?-zapytałam z nadzieją.
-Tak. Nie jesteś jedynym takim przypadkiem kiedy osoba po odniesieniu urazu cierpi na niepamięć. Dzis rano dotarłam do pewnej dziewczyny i jej rodziny. Cierpi dokładnie na to samo co ty. Mimo to udało jej się założyć rodzinę. Ma męża i dwoje dzieci. Jest szczęśliwa. To mąż wpadł na pomysł z nagrywaniem każdego dnia a codziennie rano ogląda ona tak jakby zwiastun. Wie kim są osoby z którymi mieszka pod jednym dachem. To jej pomaga. Jak chcesz to możesz jutro się z nimi spotkać.
-Jutro nie będę pamiętać o tej rozmowie.
-Będziesz. Pozwoliłam sobie ją nagrać.
-Tak? To dobrze! Moze dzięki temu mi się uda!
-Na pewno. Wieże w to.


****


Następnego dnia po odsłuchaniu nagrania poszłam wraz z pielęgniarką do parku na terenie szpitala spotkać się z tą dziewczyną i jej mężem.
-Witaj Clear jestem Emma a to jest mój mąż Paul. -powiedziała.
Jej mąż trzymał kamerę. Nagrywał to.
-Jak długo cierpisz na niepamięc?-zapytałam.
-Od 8 lat.
-To nie pocieszajace.
-Ale da się z tym żyć. Nie jest łatwo ale da się.
-Mam nadzieję bo już mam dość. Czasem myślę czy mam w ogóle po co jeszcze żyć.
-Dostałaś od losu szansę. Żyjesz.
-Ale jaka to szansa skoro nie pamiętam nic?
-Trzeba wszędzie dostrzec plusy.
Rozmawiałam z nią i jej męże przez pare godzin. Po tej rozmowie zrozumiałam że jest szansa i że da się tak żyć.
Wieczorem kiedy kładłam się spać miałam dziwne przeczucie że moje życie odmieni się. Było to dobre przeczucie a przynajmniej tak czułam. Zaczęłam się zastanawiać czy gdzieś na świecie są osoby które były mi bliskie. JEdnak nikt mnie nie szukał. To było dziwne. A może jestem sama? Na to wszystko wskazuje. Potrzebowałam bliskości jakiejś osoby. Czułam się samota.


(jak dziwnie jest pisac na lapku... wszak.. ale na kompa mam daleko.. a na lapku moge działac w łóżku xD hahahaha krótkie bo nie mam co dokładnie napisać.. pogubiłam się i chyba straciła mtroche weny)

sobota, 1 sierpnia 2015

Od Rosalie


  Ja i Cara czekałyśmy na samolot do Seattle. Sam będziemy mieszkać, jest daleko od Moutain Falls, gdzie miałam swój drewniany domek w górach, gdzie zniszczyłam Hogwart i gdzie mieszkał ze mną mężczyzna mojego życia. Tak bardzo chciałam być przy nim, ale nikt nic o mojej ciąży nie wie. Ruvik był kimś z kim mogłabym spędzić całe swoje życie. Kocham go bezgranicznie, prawdziwie, uwielbiam być w jego towarzystwie, mogłabym być częścią niego. Ale jest inaczej...
  Cara bawiła się żółtym wiatraczkiem sprzedawanym w sklepiku The One. Podeszłam do niej z uśmiechem i schowałam bilety do torby. 
  -Dobrze się bawisz? - zaśmiałam się.
  Spojrzała na mnie, wyjęła z buzi patyczek od wiatraczka i przyłożyła mi go do brzucha. 
-Ciężarna ma odpoczywać, a nie kupować bilety. Ja o wszystko zadbam. 
-Oczywiście, wierzę ci Cara. 
-Ile my już podróżujemy? - spytała jakby sięgając pamięcią. 
-Z trzy dni. 
-Nie jesteś zmęczona, prawda?
-Nie, no co Ty. Dbasz o mnie bardziej niż ja sama. 
-No, i słusznie. 
  Poszłyśmy na samolot. 
  Oczywiście, że zostawiłam list pożegnalny Ruvikowi. Mam nadzieję, że go zobaczył. Specjalnie posłużyłam się magią i wsadziłam mu liścik do kieszeni jego spodni. Był krótki, wyjaśniłam tylko, że muszę odejść ze swoim kłopotem jak najdalej stąd. Podpisałam się na dole Twoja na zawsze Rosalie i to byłoby na tyle listu. Nic więcej powiedzieć mu nie mogłam. Cara prosiła, bym nikomu nic nie mówiła. Powiedziała, że ma dla mnie niespodziankę. 
  Po dwóch dniach mój brzuch wyglądał jakbym była w ósmym miesiącu ciąży. Martwiło mnie to, Cara mówiła, że to skutek uboczny zaklęcia Złego Ruvika, tak go nazywała. Ja to przejęłam. Mój Ruvik mam nadzieje nie traci czasu na odnalezienie mnie... Choć tak bardzo za nim tęsknie. Miałam jego zdjęcie, Cara o tym wiedziała, ale ostrzega, że to może być wejście do nas. To znaczy, że mój Ruvik, moje ''wszystko'' które kocham ponad życie, może mnie znaleźć. Cara się go obawia, czy coś w tym stylu. Jednak stała się moją przyjaciółką która naprawdę nie ma zamiaru mnie skrzywdzić. 
  Dojechałyśmy do niespodzianki którą przygotowała dla mnie Cara. Jednak nie mogłam sie powstrzymać, kazałam jej wyjawić to, co jest za drzwiami pięknego białego domku na przedmieściach Seattle. Z uśmiechem kazała mi zapukać. 
-Nie bój się, pukaj księżniczko. - pchnęła mnie delikatnie w stronę drzwi. 
  Zapukałam. 
  Cisza.
-Może nie ma nikogo w domu? - spytałam ale przyjaciółka zaśmiała się i kazała czekać. 
  Miałam odchodzić, drzwi otworzyły się. 
  Stała w nich moja mama. Byłam w szoku...
-Ty... Ty żyjesz...? - wycedziłam i spojrzałam na nią. 
-Skarbie... - przytuliła mnie. 
-Cały czas tu mieszkałaś?
-Musiałam utrzymywać to w tajemnicy, że żyję. Musiałam. 
-Mamo... - wtuliłam się w nią. - Cara wiedziała?  Skąd? 
-Jestem czarodziejem, ale i aniołem. Jedną z aniołów. Cara pracuje na to, by być wybawioną. A Ty jesteś kluczem do jej sukcesu.
-Czyli nie chce mi pomóc...? - spojrzałam na przyjaciółkę.
-Chce. Polubiła cię, słonko. Zamieszkasz ze mną?
-Pewnie... a... a Cara?
-Ja nie będę się wpraszać, mamy swój dom niedaleko, prawda Rose? Mieszkaj z mamą, będę odwiedzać... 
  Zniknęła. 
-Co z tym Ruvikiem? - spytała, gdy usiadłam w białym luksusowym, mięciutkim i wygodnym fotelu w przestronnym salonie. 
-Jestem w ciąży... nie chciałam mu narzucać dziecka...
-Skąd wiesz? Może by to zaakceptował...
-Nie wiem... Muszę coś sprawdzić. 
  Poszłam do łazienki i przeniosłam się by znaleźć Ruvika. Stał z Geraldem na lotnisku. Rozmawiali, Gerald chyba go uspokajał. 
-Nie wiesz czemu odeszła. Może tak będzie lepiej. - potrząsnął nim. 
  Ja tylko się uśmiechnęłam, powstrzymując łzy. 
-Kocham Cię, Ruvik. - szepnęłam. 
  Usłyszał to. Nie wiem jak, ale usłyszał.
  No tak, kretynko. Przecież teraz jest najpotężniejszym czarodziejem na kuli ziemskiej. 
  Zniknęłam w sekundę.
  Siedziałam wieczorem w domu, gładząc swój wielki brzuch, w którym było moje dziecko. Nie wiedziałam czy to był chłopiec, czy dziewczynka. Nie chciałam wiedzieć. Pragnęłam, by była to niespodzianka. 
  Przez ten cały czas będąc tu w Seattle, poznałam chłopaka Cary, nazywa się Sam. Jest moim przyjacielem, bliższym niż sama Cara. Jest jak mój brat. Lubiliśmy ze sobą rozmawiać, był mile widziany u mnie w domu. Umiał mnie ogarnąć, umiał pocieszyć, umiał wytrzymać moje zachcianki i fochy na cały świat. Wahania nastroju były dla niego normalnością, Cara cały czas je ma chociaż do ciężarnych nie należy. 
-Kocham Cię mała moja istotko. - szepnęłam do brzucha. 
  Poczułam kopnięcie. 
-Auć... Zobaczymy, czy będziesz taki silny jak... jak... jak tatuś... i czy będziesz do niego podobny... Mam nadzieję, że będziesz... 
  Pukanie do drzwi.
  Mama. 
  Sprawdza, czy żyję.
  Pomachałam jej z uśmiechem.
-Jak tam słonko? - uśmiechnęła się i kucnęła przy mnie.
-Tęsknię za...
-Ruvikiem... ooch... Rosie, musisz to wytrzymać, albo spróbować się z nim skontaktować.
-Chciał mnie znaleźć... ale myślę, że nie chce jeszcze dziecka... ja nie chciałam... 
-Nie zabezpieczaliście się?
-Czarna magia. Moje dziecko po urodzeniu będzie złym dzieckiem... 
-Wiesz... to będą dzieci... 
-Dzieci? Bliźniaki? Skąd wiesz?
-Mam nadzieję, że to będą bliźniaki. - mrugnęła do mnie.
-A ja nie! - parsknęłam śmiechem. 

  Rano do mnie przyszedł Sam. Obudził mnie. 
-Jak ma się piękna królewna?
-Dobrze. - wstałam.
-Mówiłem o dziecku. 
-Ha ha! - zaśmiałam się. - Mam nadzieję, że to będzie chłopiec.
-Serio?
-Taaak! 
-Chcesz mieć to dziecko?
-Pewnie.
-Wyglądasz, jakbyś miała kaca. - zaśmiał się. 
-Aaaaa może mam. - mruknęłam.
-Zabawne śmieszku. 
-Wiem. 
-Śniadanie do łóżka. - wskazał na tacę z jedzeniem na szafce nocnej.
-Nie musiałeś panie najlepszy kamerdynerze. 
-To nie ja. Twoja mama była. Ja bym Ci usługiwał?
-W końcu jesteś chłopakiem sukuba.
-Jest na dobrej drodze, by się zmienić.
-Ja jestem archaniołem, myślę, że sie o to nie obrazi.
-Jesteś ale upadłym, czyli upadłym aniołem. 
-Dobrze to znasz.
-Cara opowiadała mi o tym, tak jak moja mama. 
-Twoja mama dużo mówi.
-Wiele wie. 

  Kilka dni później urodziłam córkę. Nazwałam ją Julie. Pracowałam w sklepie z rzeczami typowymi dla majsterkowicza, taśmy malarskie, kombinezony i kable, sznurki itp. Zajmowałam się swoją córką jak mogłam, Julie była najbardziej kochaną dziewczynką na świecie. 
  Po pracy musiałam ją usypiać. Leżałam z nią właśnie u mnie w pokoju, cudem zasnęła. 
-Chciałaś chłopca.
-To moje dziecko, czy chłopiec czy nie będę kochać tak samo. I tak jest dla mnie całym światem. 
-Pieluchy, płacz, praca, gotowanie... nie za wiele?
-Może czasem to zbyt wiele, mama pomaga czasem i w ogóle, rozumiesz. Jedak wolę liczyć na siebie. Nie chcę by mama robiła większość.
-Przecież twoja mama nie robi nic.
-Tak... o to chodzi. Jak mnie nie ma tylko przejmuje opiekę na pięć minut, potem robi to Cara. 
-Tak, zakochała się chyba w Julie. 
-Uważaj, bo zażyczy sobie dziecko.
-Nie, nie,nie! 
  Zaśmiałam się. 

  Rano miałam wolne. Bawiłam się z Julie i latałam za nią gdy tylko wołała mama. Próbowała wołać mama, to było cudowne uczucie. Nie rozumiałam czemu wszyscy rodzice się zachwycają pierwszym słowem dziecka, ale teraz to rozumiem w zupełności. Moja Julie jest dla mnie najważniejsza. Podałam jej książkę a ona zaczęła ją oglądać.
-A co to jest? - spytałam Julie. 
-Julieee... - szepnęłam jej do ucha a ona się zaśmiała.
-Słodka jest... Sam! Chcę taką drugą Julie! - powiedziała Cara.
-Nie teraz! 
  Zaśmiałam się z Carą.
  Pragnęłam wrócić do Ruvika.
  Czasem chciałam się z nim skontaktować... ale nie mogę. 
  Lepiej dla niego, by nie wiedział, że ma dziecko. Może już się domyśla? Albo przestał mnie szukać, ma kogoś innego... 
  Może to dobrze... zacznie na nowo.
  Beze mnie.
  Kiedyś...
  Kiedyś mu powiem o tym, że ma córkę. 
  Albo nie. 
    Wieczorem zasnęłam z Julie w moim łóżku. Koniec dzisiejszego dnia. Czas na kolejne i kolejne... 

czwartek, 30 lipca 2015

Od Rosalie

  Siedziałam z Kai'em pod ruinami Hogwartu. Byłam na siebie zła. Kai tylko patrzył na mnie i westchnął. 
-Zoe nie wróci... 
-Wiem, Kai. - szepnęłam. - Musisz wrócić tam gdzie byłeś. Usunę Ci pamięć o niej, będzie łatwiej. 
-Nie chcę zapomnieć o kimś takim jak ona. Ty byś chciała? 
-Nie. Dan zabrał twoje moce?
-Nie. 
-Dobrze. To wróć do siebie. Żegnaj. 
  Zniknął.
  Do mnie chwilę później przyszedł Ruvik. 
-Odsuń się ode mnie. - szepnęłam nawet na niego nie patrząc. 
-Co się stało?
-To co ja zrobiłam. Pomogłam Danowi zrujnować Ministerstwo i Hogwart. Połowa magii nie istnieje. 
-Nie wiedziałaś co robisz. 
-Wiedziałam. To co, że byłam zahipnotyzowana przez niego... 
-Obiję mu mordę, ale najpierw muszę odebrać mu moce. Jak tam trafić?
-Jedynym wejściem jest Bonnie Bennet. 
-Gdzie jest? 
-Chodź. - wstałam i poszłam przed siebie.
  Naciągnęłam rękawy czarnej bluzy na opuszki palców i podeszłam do drewnianego domku w środku lasu. Tu mieszkała Bonnie. Zapukałam trzy razy, powoli i spokojnie. Usłyszałam za drzwiami ''już idę''. 
  Otworzyła drzwi. Z domu wyleciał piękny zapach przyrządzanego obiadu. Uśmiechnęłam się do niej a ona wpuściła nas do siebie. Spojrzała na Ruvika i uśmiechnęła się do niego. Wiedziała już po co on tu jest. 
-Lubię cię. Chcesz zniszczyć tego gnoja... więc cie lubię. - puściła mu oczko. - A więc... co chcesz wiedzieć?
-Jak wejść do więzienia. 
-To proste, ale z moją pomocą. Dan, by się bronić, zniszczył Horkruks... więc ja jestem przejściem. Dan chce mnie by się wydostać, mogę dać Ci czas na pokonanie go. To pół godziny. Potem wrócisz tutaj. A on musi być w twoim ciele. Zamienicie się i wrócisz Ty albo on... albo wcale nie wrócicie. Kiedy chcesz zacząć?
-Teraz. 
-Och... No dobra. Potrzebuję pomocy kogoś dość silnego. Ja nie mam części swojej mocy bo odebrał mi ją Dan w więzieniu. 
-Wystarczy magia żywiołów?
-Ou... No pewnie. To silna moc... może wystarczyć. 
-Zaraz będę. - powiedział i zniknął.
  Wrócił z blondynką. Wstaliśmy w przejściu.
-Ja mam iść z wami? - spytałam i spojrzałam się na Bonnie a potem na Ruvika. 
  Wymienili się spojrzeniami. 
-Nie wiem czy to dobry pomysł. Dan wykorzysta Ciebie w jakikolwiek możliwy sposób. - odezwała się Bonnie. 
-Chcę iść. 
-Dobrze. Ruvik? - spojrzała się na niego Bon. 
-Jest ze mną bezpieczna. Idziemy. 
  Bonnie zaczęła, a ja z Ruvikiem byliśmy już w więzieniu. 
-To tu?
-Poprowadzę Cię.
  Poszliśmy przez las na cmentarz. Tam siedział, tam mógł korzystać ze swojej mocy. 
  Gdy tam podeszliśmy było pusto. Byliśmy cicho, Ruvik zawołał go. Zjawił się za mną. Chciał mi chyba coś zrobić, ale za nim pojawił się znikąd... Gerald. Ruvik i ja byliśmy zaskoczeni, trzymał pistolet z kołkiem nasączonym werbeną przy jego głowie. Dan tylko się uśmiechał do Ruvika. 
-Co tu robisz? - spytał Ruvik.
-Pomagam Ci. 
-Nie zabijecie mnie tak łatwo. 
-Tu mogę cię zabić. Boisz się? - zaśmiał się Ruvik. 
-Możesz mnie tylko uwięzić. Ale wrócę. 
  Zjawiła się ta blondynka. 
-Macie dwadzieścia minut. W tym zamieszkasz. Prezent od Bonnie. 
  Wskazała na wielką tytanową jakby... trumnę z łańcuchami. Widziałam małe przerażenie w oczach Dana, rzucił się, wolał chyba być zastrzelonym przez Geralda niż trafić do tego. Co to właściwie jest? Nie wiem. Ważne, że się tego boi. 
  Nagle zniknął.
-Znajdźcie go! - warknęła zła blondynka. 
-Masz tu moc? - spytał Ruvik Geralda. 
-Mam. Ty też. 
-Jak?
-Bonnie panuje nad tym. Ruszamy. 
-Wiem gdzie jest. - szepnęłam. - Szkoła. 
  Poszliśmy tam. 
  Minęło piętnaście minut, Dan był tylko wampirem. Nie sądziłam że tak szybko Ruvikowi to zleci. W sumie... Nie wiedzieliśmy czy to Dan czy Ruvik w jego ciele. Wyszedł ktoś będąc Danem, wyglądał jakby pochłaniał resztki mocy. 
-Em... Ruvik...? - szepnęłam ostrożnie. 
  Spojrzał się na mnie. 
-Nie wiedziałem, że to będzie tak łatwe. - uśmiechnął się. 
-Ruvik? 
-Tak, to ja. 
-Na pewno? - spytała blondynka. 
-Tak. 
-Sprawdzę. - szepnęłam podeszłam do niego i dotknęłam jego twarzy patrząc w oczy.
-Co robisz? - spytał Gerald. 
-Sprawdzam wspomnienia w jego głowie. To Ruvik. - uśmiechnęłam się. 
-Wątpiłaś?
-Dan próbowałby wszystkiego.
-Gdzie jest? 
  Coś śmignęło obok nas i ruszyło na Ruvika. To był Dan. Ruvik go zatrzymał. 
-To było za proste. - uśmiechnął się Ruvik i wpakował go jednym ruchem dłoni do tytanowej trumny. 
  Słyszeliśmy tylko jego krzyk. 
  Wróciliśmy do domu gdy trumnę zrzuciliśmy do wody. Wróciliśmy. Bonnie wstała z podłogi i zgasiła świeczki. Poszła do nas i usiedliśmy wszyscy przy stole. 
-Będę taki cały czas? - spojrzał na Bonnie. - W tym ciele? 
-Tak. Taki będziesz na zawsze. 
-A co z tym dawnym Ruvikiem? Tym... złym? Może połączyć się teraz z Danem?
-Nie. - odparł Gerald. 
  Bonnie spojrzała się na Ruvika. 
-Może. 
  Ruvik spojrzał na nią. 
-Jak to? - spytał Rajan. 
-Normalnie. Może. Jest teraz uwięziony. Ten zły Ruvik ma dość mocy by współpracować z ciałem Dana. Należało do ciebie, ma z nim więź, Dan może i jest uwięziony ale gdy ten drugi Ruvik znajdzie trumnę... pomoże mu się wydostać potem może robić z tym ciałem co chce. Ty miałeś kontrolę, on nie. 
-Nie ma się czym przejmować. - machnął ręką Gerald. - Jest dość silny. 
-Racja. Jest. - kiwnęła głową Bonnie. 
-Idę się przejść. 

  Wróciłam do mieszkania mamy. Tam próbując się z nią skontaktować nie było jej. Jakby umarła. Zmartwiłam się, usiadłam na zewnątrz na murku przed domem. Usłyszałam za sobą głos dziewczyny. Odwróciłam się.
-Kim jesteś? - spytałam.
-Jestem sukubem. - mrugnęła do mnie. - Jestem Cara. 
-Nie mogę ci chyba zaufać. - mruknęłam patrząc na nią. 
-Oj, kochanie, teraz masz tylko mnie. 
-Co?
-No co ty? Nie wiesz? Jesteś w ciąży. Oddasz mi dziecko albo pomogę Ci się nim zająć. Chyba nie chcesz, żeby Ruvik miał na głowie problemy.
-Ja? Ciąża? Skąd znasz Ruvika?
-Oj stare dzieje. - zachowała powagę. -Chcę pomóc. Wszyscy uważają że sukub musi być wredny fałszywy i zły. Nie zawsze tak jest... nie w każdych przypadkach. Powiesz Ruvikowi?
-Nie... nie wiem...
-Chodź, zrobimy test. Skoro mi nie wierzysz. 
  Spojrzałam na nią. 
-Chodź. 
-Czemu mi chcesz pomóc?
-Pracuję na zbawienie Boskie. 
  Parsknęłam. 
-Widzisz? Nawet mogę cię rozbawić! Ale jesteś pewna, że nie chcesz powiedzieć Ruvikowi?
-Nie. Nie chcę mu narzucać dzieciaka. Wyjadę stąd bez słowa. Pojedziesz ze mną...? Będę czuła się bezpieczniejsza. 
-Jasne. Poza tym jestem dla czarodziejów jak blokada. Będzie chciał cię namierzyć? Nie uda mu się to. Chodź. Wsiadaj. Ja kupię test. 
-No weź...
-Chodź. Nie marudź. 
  Weszłyśmy do sklepu. Tam była dziewczyna, około dwudziestu lat, cały sklep był zadymiony i grała głośna metalowa muzyka. Miała różowe krótkie włosy. 
-Co podać? 
-Test.
-O kurwa... - mruknęła. - Która się wkopała?
-Dawaj test Souxie. - mruknęła Cara. 
-Prosz bardz. Tam jest kibelek. 
  Stały za drzwiami. 
-Kurwa! Kurwa! Kurwa! - mówiłam pod nosem. 
-I jak?
-Przeklina chyba nie bez powodu. - mruknęła Cara. 
  Spojrzałam jeszcze raz na test. Słyszałam, jak Cara wyszła. Czeka na zewnątrz. 
  Wyszłam powoli z łazienki. 
-I jak? - spytała Souxie.
  Pokazałam jej test a ona syknęła zaciągając się papierosem.
-Chcesz? - proponowała mi papierosa.
  Zjawiła się Cara i pacnęła ją w rękę.
-Powaliło cię?! Jest w ciąży kretynko! Co za laska, idziemy. Nie widziałaś nas tu nie pamiętasz naszych twarzy. - zahipnotyzowała ją i usunęła pamięć. 
  Wyszłyśmy. 
  Wsiadłam do samochodu. 
  Płakałam.
-Zniszczyłam sobie życie... Mam osiemnaście lat! 
-Spokojnie. Dasz radę. 
-Nie dam rady z dzieckiem... 
-Dasz radę. Tylko... Ruvik... ten zły Ruvik mógł coś zmienić w dziecku które...
-Co zmienił? - przerażona spojrzałam na nią. - Co wiesz?
-Miałam układy ze złym Ruvikiem. Ale się sypnęło, chciałam naprawić niektóre błędy... Wiem, że gdy miałaś zajść w ciążę to dał twojemu dziecku geny diabła. To znaczy... że nie będzie normalnym dzieckiem. Będzie miał moce, będzie jakby pół martwy pół żywy, nie wiadomo czy będzie miał uczucia w ogóle. 
-Po to jesteś ze mną? - spytałam. - Boże, ja nie chcę... ja nie dam rady... - spojrzałam na nią. 
-Nikt inny Ci nie uwierzy. Pomogę Ci. Przysięgam. Nikt inny Ci nie pomoże. - pokręciła głową. 
-Gdzie jedziemy?
-Jak najdalej stąd. Ruvik nawet nie zauważył że uciekłaś. Nawet jeśli... nie znajdzie Cię zbyt szybko. Masz zaklęcia maskujące. Jedziemy.Ja wiem gdzie. Jesteś bezpieczna. Przysięgam. 
  Pojechałyśmy. 
  Kocham Ruvika. 
  Tak bardzo go kocham... Ale nie mogę zniszczyć mu życia dzieckiem... jeszcze takim dzieckiem. Urodzi się pół martwe pół żywe? Co to w ogóle ma znaczyć? Jestem przerażona, ale ufam Carze. 

wtorek, 28 lipca 2015

Od Ruvika

-Gerald męczy mnie to całe uganianie się za tym kolesiem, jeśli jest w więzieniu to już nie wróci no nie ? - podniosłem kubek kawy i oparłem się o blat kuchenny
-Nie wiem, może i wróci.
-Od pewnego czasu nie wiem czego chce, nie wiem czy chce być po tej dobrej stronie.
-Tamten Ruvik coś ci miesza w głowie ?
Przemyślałem to co mu powiedziałem, i stwierdziłem ,że nie musi wszystkiego wiedzieć, pozbędę się Dana zyskując jego moce, a co z nimi zrobię to już inna sprawa. W sumie sam nie wiem jestem trochę zmieszany.
-Tak chyba on, muszę się przejść. - odłorzyłem kubek i wyszedłem z domu.
Przeniosłem się do Laury ta dziewczynka jakoś mnie uspokajała. Jak zawsze, była z wilkiem. Bujała się na drewnianej huśtawce wiszącej na gałęzi drzewa. Spojrzałem się na nią a ona przytaknęła, wtedy usiadłem przy pniu.
-Widziałem tego sukuba co was zamienił.
-Nie zabiłeś go - powiedziała z rozczarowaniem
-Jeśli ją zabije zginiecie i wy.
Laura zeszła z huśtawki i przechodząc koło mnie pogłaskała mój policzek kciukiem
-Wiem - powiedziała i usiadła przy drugim drzewie wtulając się w wilka. - gdy umrzemy będziemy razem, jak kiedyś.
-Skąd ta pewność ?
-Po prostu to czuje
-To czemu się sami nie zabiliście, już tyle czasu minęło.
-Samobójstwo oznacza piekło a my tylko w niebie będziemy razem.
-Może nie będzie trzeba umierać, niedługo będę władał taką mocą która was odmieni.
-Rajan, liczymy na ciebie.
Wstałem i bez słowa poszedłem dalej w las. Nie chcę aby oni umierali, to takie nie fer, nic przecież nie zrobili. Eh.. ja już nie daje rady, mam mętlik w głowie, jakbym był na coś chory, moja psychika jest na granicy, tu trzeba walczyć a ja choruje, wszystko jest przeciwko mnie. Chyba najlepszym rozwiązaniem była by śmierć, ale ja nie jestem tchórzem nie uciekam od problemów, zwalczam je.
Jestem sam, ale nie sam dla siebie tylko sam dla innych, ja jestem w stanie pomóc im wszystkim, ale chciałbym chodź na chwilę odpocząć, oczyścić umysł, myśleć normalnie i nie czuć bólu, przez swój stan chyba... chyba odtrącam innych, nie potrafię z nikim rozmawiać, to co powiem jest jak rzucanie słów na wiatr, zaraz zapominam co chciałem tymi słowami osiągnąć, dobrze ,że nikt tego nie widzi. Każdy mówi ,że jestem normalny i ,że wszystko jest ze mną ok, i lepiej aby nikt się nie mieszał w to, już tak długo ciągnę to sam, jeszcze trochę i może wyzdrowieje.
Swoją drogą, dawno nie widziałem Mary, nie żebym narzekał ale to trochę dziwne.
~Ruvik ! - przywołałem telepatycznie ale nie pojawił się od razu, dopiero po jakieś chwili. ~ Przeszkadzam ? To dobrze. Co jest z Mary ?
~Nie będzie cię niepokoić - po tych słowach zniknął i na kolejne moje przywołania nie reagował, trudno czas chyba wracać do domu, może zastane tam Rosi.

niedziela, 26 lipca 2015

Od Clear

Chyba każdy zna to uczucie kiedy budzi się, otwiera oczy i pierwsze co przychodzi mu do głowy to gdzie jest a dopiero potem uświadamia sobie że przecież został na noc u kolegi, koleżanki czy u kogoś z rodziny. Jednak inaczej jest kiedy po otwarciu oczu nie wiesz gdzie jesteś oraz co gorsza nie wiesz kim jesteś i nie ważne jak bardzo chcesz nie możesz sobie nic przypomnieć. Jesteś niczym czysta kartka porwana przez wiatr, oddzielona od innych kartek. Nie wiesz co robić, komu ufać.
Niestety dane było mi to przeżyć...
Usiadłam na boku niewygodnego szpitalnego łóżka. Złapałam głęboki oddech tak jakbym wcześniej nie oddychała. Spojrzałam na dłonie.
Kim ja jestem? Gdzie ja jestem? Co ja tu robie?
Wstałam i podeszłam do okna. Były w nim kraty. Poczułam się troche jak w więzieniu. Przed budynkiem w którym byłam nie zobaczyłam ani jednej żywej duszy mimo iż pogoda była nawet ładna. Czy ktoś mi odpowie na moje pytania? Czy znajdę odpowiedzi?
Mimo tego wszystkiego czułam wewnętrzny spokój. Byłam bardzo opanowana tak jakby to wszystko nie było dla mnie nowością. Podeszłam do łóżka i spojrzałam na plakietkę z nadzieją że znajdę tam odpowiedź chociaż na jedno z pytań wtedy było by łatwiej.
Usłyszałam pukanie do drzwi.
-Clear śpisz?
Nie wiedziałam do jakiej kobiety należal ten głos jednak wydawał się on miły. Czy to ja byłam Clear? Co to w ogóle za imie?
-Nie.-odparłam poczym drzwi się uchyliły.
-Głodna? Przynioslam Ci śniadanie. Jak się czujesz?
-Emmm dobrze.
-Jestem Kate. Jestem pielęgniarką.
-Gdzie ja jestem?
-W bezpiecznym miejscu gdzie trafiają ludzie którzy potrzebują pomocy.
-Kim jestem? I dlaczego potrzebuje pomocy? Dlaczego nic nie pamiętam?
-Sami nie wiemy kim jesteś jednak daliśmy Ci na imię Clear co w łacinie oznacza "Czysta". Na resztę pyta znajdziesz odpowiedzi w tej teczce. -podała mi ją.-Smacznego. Wrócę niebawem.
Wyszła a ja zostałam sama z teczką w której miały być odpowiedzi na moje pytania. Usiadłam na łóżku trzymając ją w rękach. Wahałam się. Bałam się tego co tam było choć sama nie wiedziałam dlaczego.
Otworzyłam ją. Zobaczyłam zdjęcia oraz kartki całe zapisane jakimiś wnioskami, obserwacjami i badaniami.
Zaczęłam czytać.
"Dane nieznane. Wiek nieznany. Rodzina nieznana.
Wykryto- niepamięć wsteczna, niepamięć następcza...."
Czytając dalej dowiedziałam się że znaleziono mnie prawie martwą w dołach starej kopalni piaskowca. Przez uszkodzenie głowy które było dokonane ciosem tępym narzędziem cierpię na niepamięć. Z tego co się dowiedziałam także to to iż zapamiętuje tylko jeden dzień. Czas od pobudni do uśmięcia. Po kolejnej pobudce nie pamiętam poprzedniego dnia.
Kiecy zobaczyłam na datę znalezienia mnie byłam zaskoczona. Było to miesiąc temu odkąd zrobiono najnowsze badania i które były w tej teczce. Ile ja już choruje? Ile to wszystko trwa? Skończy się kiedyś? Wyzdrowieje? Czy każdy mój dzień tak wygląda? Ja nie chce!!!

środa, 22 lipca 2015

Od Zoe

Dziś nie byłam w bazie. Nic nikomu nie mówiąc wyszłam sie przespacerować, zapolować. Szłam pewna siebie ulicami miasta szukając smacznego kąska. I taki właśnie znalazłam.
Napoiłam sie prosto z żyły jakiegoś młodego chłopaka.
-Byłeś smaczny.-powiedziałam spoglądając na ciało wysuszone z krwi.
-To go chyba nie ucieszyło.-usłyszałam za sobą.
Nie musiałam sie odwracać by wiedzieć kto za mną stoi.
-Oj Martin... A może byś tak sie przywitał najpierw?
-A raczej pożegnał.
-Odchodzisz?-zapytałam patrząc sie na niego z uśmiechem.
Podeszłam bliżej do niego.
Był wieczór jednak nie było jeszcze ciemno. Za budynkiem gdzie byliśmy nikt sienie kręcił. Byłam tylko ja, mój dawny przyjaciel łowca i ciało mojej przystawki.
-Ja nigdzie się nie wybieram a przynajmniej nie tam gdzie ty.
-Kochany to masz złe informacje bo ja nigdzie nie zamierzam sie wybierać. Choć może.. zwiedziłabym świat..
-Tam gdzie cie wyśle nie zwiedzisz za dużo.
-E no Martin.. po starej znajomości wysłałbyś mnie na wakacje gdzieś gdzie jest ciekawie a nie do twojej rodzinnej dziury.
-Twoje wakacje sie przedłużą.. o cała wieczność.
Zaśmiałam się.
Wtedy nagle usłyszałam hałas za sobą. Ktoś zeskoczył z budynku i wylądował za mną .Odwróciłam się i wtedy.. poczułam ból.



Ktoś wbił mi kołek prosto w serce. Złapałam się za kołek jednak nie byłam w stanie go wyciągnąć.. a nawet to by nic nie dało.
-Tak jak mówiłem... żegnaj Zoe. -powiedział Martin patrząc sie na mnie jak osuwam się na nogi.
-Paul posprzątasz. Ja tego nawet nie dotknę.. -powiedział Martin patrząc na mnie z odrazą po czym odszedł.
Dławiłam sie powietrzem. Czułam jak każda żyła we mnie wysycha. To były okropny ból... Byłam zaskoczona. Przecież nic nie mogło mnie zabić dzięki zakręcikowi Dana! Wiec jak oni...
Położyłam sie na ziemi.. Czułam ze to już koniec.. Odetchnęłam ostatni raz po czym... zapadła ciemność.
Umarłam po raz drugi i tym razem ostatni..

(Dziewczyny nie przywracajcie mojej do życia taka mała prośba (=   )

Od Rosalie

  Chciałam się stąd wydostać! Nie miałam ochoty tu siedzieć, gdy wojna się zbliża. Musiałam dokopać Ruvikowi za to, że zabił moich rodziców. Musiałam się zemścić. Musiałam. Za moją mamę... 
  Byliśmy tu już tydzień, sprawy w realnym życiu miały się dobrze, jak mówił Dan. Zoe radziła sobie dobrze, miałam wielu pomocników którzy byli na jej zawołanie. Na razie nie zapowiadało się, że mielibyśmy stąd uciec. 
  Bonnie zachowywała się dziwnie. Była zadowolona, że Dan cierpi. Nie lubił tu być, nienawidził tego miejsca. Szkoda mi go było. Dan jest osobą, która nienawidzi bliskości innych osób. Dla wszystkich jest wredny, lepiej z nim nie zadzierać. Potrafi zniszczyć życie każdemu. Jednak teraz oboje byliśmy w potrzasku. 
-Wyjdziemy stąd? - spytałam zmartwiona. - Zimno tutaj..
-Bo jest zima. - warknął Kai. 
-Co ty nie powiesz?! - wybuchnęłam. 
  Bonnie tylko słuchała z uśmiechem jak się kłócimy. 
-Wyjdziemy stąd, prawda? - spytałam Dana.
  On jednak spojrzał się na mnie. 
-Dan...? - szepnęłam przerażona.
-Nie... nie wiem... nie wiem czemu nie mogę użyć tu magii...
-Bo jestem wiedźmą? - odezwała się Bonnie - Jeśli wiedźma trafi do więzienia magia znika. 
-Pieprzysz.
-Ja też jej nie mam. Mam tylko swoją. 
-Ty... - Dan wstał ale uspokoiłam go. 
-Nic nam to nie da. Musimy wymyślić coś żeby się wydostać.
-Nie uwolnię Dana. - powiedziała Bon - Nie pozwolę, żeby ta wojna się rozkręciła. To wszystko przez niego, on chce zapanować nad magią i chce mieć ją całą. 
  Bonnie wyszła. Pobiegłam za nią zostawiając chłopaków samych. Bon Bon nie była skłonna do jakiejkolwiek współpracy z nami. Byliśmy po złej stronie, ja i Dan. Więc nie mogła nam pomóc. Może uda mi się ją przekonać.
-Chcę pozbyć się Dana. Ale nie można go zabić niczym. On się nie podda, zawsze będzie próbować rozwalić świat magii...
-Nie można go zabić na żaden sposób? - spytałam.
-Czemu pytasz? 
-Bo zaczynam sobie przypominać, że on wcale nie jest dla mnie dobrym rozwiązaniem... 
-Co to znaczy?
-Chyba... chyba mnie zahipnotyzował... zmienił wersję wydarzeń... Ja miałam się tylko do niego zbliżyć by dowiedzieć się jak go zabić...
-Tego nikomu nie powiedział. Ale to  tylko ja wiem jak go zabić. Zniszczyć. 
-Jak to zrobić? Powiedz. 
-Trzeba zamienić go ciałem z innym czarodziejem. Oczywiście musi to być facet... Nikt nie podejmuje się tego zadania bo... no wiesz... jest ryzyko, że charakter Dana pozostanie... to małe zło. Ale kuszące jest to, że ta wielka magia zostanie w ciele... 
-Jest możliwość powrotu do tego ciała? W sensie... z ciała Dana s powrotem do tego drugiego?
-Nie. To nieodwracalne. W tamtym ciele zostaje uwięziony Dan aż inna osoba nie zechce go uwolnić. 
-Dziekuję Bonnie.
-Słuchaj, wiem jak się stąd wydostać. Ale ktoś musi wrócić po Dana by się zamienić ciałami. 
-Nie wiem kto może to zrobić... Nikt chyba nie jest na tyle odważny żeby zostawić swoje prawdziwe ciało... A czy są skutki uboczne tego czaru?
-Są. Osłabienie kilkudniowe... magia wraca z wielkim natężeniem i wszystko przytłacza... Ale to minie.To ja jestem jedną z dwunastu wiedźm które założyły ten zamknięty świat. Wydostanę nas stąd. 
-Kiedy?
-Teraz. 
-Nie wydaje mi się. - pojawił się Dan. - Myślałem, że moje czary będą trwałe, ale... jednak nie są. No cóż, Rosalie. Umrzesz razem z reszta. Upsss..
  Odszedł i zniknął za drzewami.
-Szybko. 
Dan zawrócił.
-Staram się jak mogę... naprawić ten świat. Ale nie! Musicie wszystko popsuć... 
-Boisz się? - spytałam. - Bo wiemy jak cię zabić?
-Gówno zrobicie. Ja jestem tu. Tu magii nie można używać. 
  Bonnie go odepchnęła, złapała mnie za rękę i wypowiedziała zaklęcie. 
  Byłyśmy w domu. 
-Dziękuję... - szepnęłam patrząc na nią.
-Tylko jest problem, bo nie dysponujesz już żadną magią.
-Co?
-Musiałam wykorzystać twoją magię by wrócić... 
-Nie szkodzi... dziękuję. - przytuliłam ją. - I przepraszam za kłopoty... Czekaj. Kai. Został tam.
-Jest z nami. - wskazała na niego jak wstawał z ziemi. 
-Kai. Idziesz ze mną. - powiedziałam i poszliśmy.
  
  Musiałam nieźle się namęczyć, żeby znaleźć Ruvika. Na moje szczęście, znalazłam go szybko. Stanęłam na przeciwko niego. 
-Wiem jak go zabić. - powiedziałam do niego i Geralda. 
-Co? Co ty bredzisz? - zaśmiał się Gerald. - Nie da się go zabić.
-Da się uwięzić w ciele innego silnego czarodzieja. Musi być bardzo silny. 
  Spojrzeli po sobie. 
-Czekaj... Nie nienawidzisz mnie już? - spytał Ruvik.
-Byłam... gdzieś... gdzie to zniknęło. W tym miejscu jest uwięziony Dan ale gdy się wydostanie będzie silniejszy o wiele bardziej, więc trzeba się spieszyć. 
-Kto się zamieni ciałami? - spytał Gerald. 
-Ja to zrobię. - powiedział Ruvik. - Jestem dość silny. 
-Ale twoje ciało przejmie Ruvik... ten zły... 
-Tak. Niech przejmuje. Ja wezmę ciało Dana i jego magia będzie należeć do mnie. Wszystko będzie normalnie. - podszedł do mnie Rajan i przytulił. 
-To gdzie on jest? - spytał Gerald. 
-W więzieniu wiedźm. Ja muszę pójść odstawić Kai'a odpowiedniej osobie... wy zajmijcie się tym bo jeśli się zdąży wydostać to jesteśmy w dupie. Będzie naprawdę zbyt silny. 
  Musiałam dostać się do Zoe. Na szczęście znalazłam jednego z jej wampirów który wziął nad do niej. Kai musiał trafić do Zoe. Potem zobaczymy co będzie. 

wtorek, 21 lipca 2015

Od Ruvika

-Gerald ! Po pierwsze zmień to idiotyczne imię a po drugie wstawaj idziemy po następne ! - chodziłem po łazience wydzierając się na niego
-Stul pysk - mruknął
-Dziś kogo odwiedzimy ? - spytałem wychodząc z łazienki ze szczoteczką w ustach
-A jak myślisz
-(chciałem powiedzieć nie wiem ale tylko coś wymruczałem z ustami pełnymi pasty do zębów)
-Śmierć
Wyplułem płyn do zlewu i wróciłem do rozmowy
-Jest kobietą ?
-O ile dobrze pamiętam śmierć jest opisywana jako kobieta o zgniłym ciele z kosą na barku, więc tak.
-Chyba nie chcę jej widzieć - wyplułem płyn do płukania ust - musi być zgniła ?
-Jeszcze się zdziwisz
-A jak ją znajdziemy ?
-Widzisz ja już ją znalazłem tylko nie chciała ze mną gadać, ma pełne ręce roboty i w ogóle
-Ciężko będzie
Gerald przeniósł nas do szpitala, nikt nas nie widział, byliśmy w świecie neutralnym tylko w nim można spotkać śmierć. Lekarze palili fajki i pili kawę w jednym z pokoi gdy chorzy szukali ich po całym obiekcje, już dwóch umarło od czasu naszej wizyty. Weszliśmy do jednej z sal, było tam 6  łóżek z czego 4 zajęte. Na końcu sali przy oknie jeden koleś umarł, czekaliśmy na przybycie śmierci przy okazji, sporo dowiedzieliśmy się o dziewczynie na łóżku obok. Miała 22 lat, marzenie o wielkiej karierze piosenkarki i chłopaka który właśnie w tej chwili wszedł do sali, mocno ją przytulił, płakał ona również. Byli ze sobą długi czas a teraz on musiał jej powiedzieć ,że ona umrze, nie zrobił tego... powiedział ,że będzie z nią zawsze ,że jej nie opuści i wtedy ona umarła, sygnał tego diabelskiego urządzenia ogłuszał wszystkich w sali, przeklęte piiiiii... lekarze nawet nie próbowali jej reanimować, powiedzieli żeby odpiąć to urządzenie bo jest irytujące, a ona jeszcze żyła, śmierć jeszcze do niej nie przyszła. Kilka sekund później się zjawiła w progu, nie wyglądała na zgniłą, była zniewalająca.
-Widzicie... ludziom nie zależy na innych, ci lekarze wrócą do domu do rodziny a ona już nie, wszyscy tłumaczą ,że będzie jej tak lepiej ,że się nie męczy ale niestety to nie prawda, po śmierci będzie odczuwała ten ból już zawsze i niespełnioną miłość. Wiecie jak to jest kochać powietrze ? ona się dowie.
Podeszła i wyznaczyła krąg nad twarzą dziewczyny wtedy zanotowano zgon. Chłopak wybiegł.
-Czego wy ode mnie chcecie ?
-Musisz nam pomóc.. - zaczął Gerald
-Naprawdę muszę ? a dlaczego ?
-bo będziesz mieć za dużo roboty jak tego nie zrobisz, posłuchaj ty już napewno o wszystkim wiesz bo jesteś śmiercią i wiesz jak nam pomóc więc proszę cię zlituj się kobieto.
-Scal sie z Ruvikiem, będziesz miał wszystko czego pragniesz
-Nie mogę
-Możesz.
http://i2.pinger.pl/pgr147/cf208373001c1ee0534f880d
-Zrozum, nie mogę
-Bo co ? Bo się boisz ?
-Tak! boje się o cholerną Rosi która ma mnie teraz w dupie, nie chcę jej skrzywdzić, a scalając się nie wiem co ze mnie zostanie !
-Dobra, będziecie nieśmiertelni od wszystkiego i rany, one nie będą pojawiać się na waszych ciałach ale jeśli chodzi o psychikę zgłoś się do kogos innego. Jestem niczym jestem wszystkim śmiercią, mną nikt nie może zawładnąć, to tak jak przybić wodę zszywaczem do drzewa ale mogę pomóc. Idźcie już bo ten chłopak co tu był właśnie nałykał się prochów i umiera muszę dokończyć jego dzieło.
Śmierć zniknęła my po chwili również, pojawiliśmy się w domu.
Gerald wyjął listę i zakreślił kółko mówią ,,tą już mamy"
-Kto następny ?
-No ta od psychiki, szczerze to jej nie znam, podobno jest mała i przerażająca.
-Same baby !? To chyba nie fer.
-Wolałbyś prosić o pomoc faceta ?
-Wygrałeś. Ej a nie lepiej wyłączyć człowieczeństwo ?
-Po co ? My chcemy uratować ludzi, chcemy być ludzcy a nie dołączyć się do tamtej sfory. 
-A w ogóle po co to robimy ? - spytałem nalewając whisky
-Ktoś w tym całym popieprzonym życiu musi być dobry
-Po co ? - napiłem się trochę
-Dobra słuchaj nie chce sie podporządkowywać takiemu kundlowi jak on i nie chce też uciekać dostanie w pysk i niech sobie żyje dalej.
-Dobra to gdzie następny cel ?
Gerald przeniósł nas na małe stare przedmieście, każdy dom był identyczny i stał obok siebie, nudne to jak flaki z olejem.
-To który to ? Pewnie ten najbrzydszy, hmmm pomyślmy. Wszystkie są takie same !
-Tamten - Gerald wskazał palcem na starą knajpę na rogu, faktycznie wyglądała najgorzej i biło od niej dziwne zimno.
Podeszliśmy do drzwi frontowych, były zabite dechami ale okna miały już te deski powyrywane, pewnie dzieciaki urządzały sobie tu imprezy.
-Destroktus - wymówiłem w stronę drzwi i one opadły ciężko na posadzkę w środku budynku.
Wszędzie były pajęczyny i kupa kurzu ale lokal wygląda na nienaruszony, wszystko jest schludnie poukładane na swoich miejscach, nawet żadne krzesło od stoliku nie było przesunięte choćby trochę. 
Idąc zostawialiśmy za sobą ślady stup ponieważ cały kurz zostawał nam na butach.
-Halooo! psychi.. - zdanie przerwało mi pojawienie się małej dziewczynki przed nami, jej przybycie poprzedziła zmiana pokoju, teraz lokal wyglądał jak stary strych, bez wyjścia.


-Ehm znasz się na psychice ? - spytałem gdy Gerald nerwowo oglądał sie dookoła.
Dziewczynka podeszła i zrobiła coś bardzo dziwnego, tak nikt się jeszcze ze mną nie witał.
http://i1.pudelekx.pl/0bd05897f32c6360ad2603e027d2987dd1e1dffa/83768486-gif
Zdębiałem ale wiedziałem ,że ona mnie sprawdza, dlatego powstrzymałem emocje i ciągnąłem rozmowę dalej.
-Pomożesz nam ?
-Pomogę - spuściła głowę w duł i bujała sie na boki
-Chodzi o..
-Wiem o co chodzi
-Pójdziesz z nami czy..?
Dziewczynka uciekła i wskoczyła do ściany na której pojawił się szyb wentylacyjny, szybkim krokiem podszedłem do niego i spojrzałem co kryje się w środku.
 http://i.imgur.com/b5LPv1L.gif

 Chciałem już zacząć mówić dalej ale ona mnie wyprzedziła.
-Przyjdę w odpowiednim momencie
I po tych słowach znikła a lokal wrócił do normy, potężna siła wysunęła nas z niego zacierając po nas naruszony kurz i zamykając drzwi zbitymi dechami.  Spojrzeliśmy po sobie i wróciliśmy do domu.
Gerald poszedł coś robić w kuchni a ja skontaktowałem się z Rosi. Byłem ostrożny, o naszej rozmowie nikt się nie dowie, ochroniłem nas barierą, nawet ona nie będzie mogła mówić ,że taka rozmowa miała miejsce.
~Rosi ? Jak się czujesz ?
~Gdzie jesteś ? Kim jesteś ? - z jej wymowy wywnioskowałem ,że się trochę przestraszyła
~Ruvik, dobrze tam masz ? nie krzywdzą cię ?
~Ty gnoju! Chuj się to obchodzi. Zniszczę cię rozumiesz !
~Jak mam już zginąć to z twoich rąk
~I bardzo dobrze ! Dopadnę cię i zemszczę sie za rodziców. 
~Tyle ,że nie ja ich zabiłem
~Oj ty ! dobrze pamiętam
~Ten koleś cię omotał, bawi się tobą jak lalką, taka zabawka na chwilę.
~Kłamiesz !
~Sama o tym wiesz, i kogo ty chcesz oszukać ? Kocham Cię jeszcze.
Zakończyłem rozmowę i poszedłem do kuchni, tam Gerald bawił sie w kucharza. 

Od Zoe

Wampiry pustoszyły szkołę czarodziei. Ja siedziałam w wielkim fotelu w bibliotece i patrzyłam jak dwóch moich karmi się na jakimś nauczycielu.
-Nigdy nie lubiłam tej szkoły. Odkąd była ta epidemia. W sumie.. teraz by sie przydała..
Jeden z moich "ludzi" podszedł do mnie.
-W szkole nie został nikt żywy.
-Doskonale.
Ja sama już dawno sie pożywiłam.
-Zwołaj wszystkich do głównej sali. Wracamy.
Posłuchał sie mnie.
Po niespełna 10 minutach wszyscy moi byli już zebrani.
-Gratuluje dobrej roboty. Najedzeni? To dobrze. Teraz wynosimy sie stąd.-powiedziałam patrząc na moich ludzi.
Jako że moja matka była czarownicą.. umiałam czarować. Teleportowałam nas do głównej siedziby.
-Ah... jak sie nie mogę doczekać kiedy to wszystko sie zakończy. Kiedy te wszystkie śmieci zginą a reszta będzie nam poddana. Wampiry wreszcie będą panować nad wilkołakami! -powiedziałam śmiejąc się.
-Zoe.. Ktoś do ciebie. Znaleźliśmy go nieopodal-powiedział Fill wchodząc do salonu.
-A kto to taki?
-Wilkołak.
Zmrużyłam oczy.
-Zaprowadźcie tego kundla do mojego pokoju. To prywatne sprawy.
Sama po chwili dopiero dotarłam do swojego pokoju. Zobaczyłam tam skutego łańcuchami Cola.
-Na prawde szukasz śmierci?-zapytałam.
-Musiałem cię zobaczyć.. Porozmawiać.
-Jesteś na tyle głupi czy udajesz? Możesz tu umrzeć.
-i tak moje życie bez ciebie nie ma sensu.
-Cole... To się robi nudne..
-Wiem że taka nie jesteś. Spotkało cię w życiu wiele bólu... Tego ostatniego nie wytrzymalaś. Wyłączylaś człowieczeństwo.. Zemścilaś się.. Juz po wszystkim. Możesz włączyć je na nowo. Możesz znowu być tą dobrą Zoe.
-Nie Cole. Żyjesz przeszłością. Tamta Zoe już dawno umarła.
-Nie.
-Łudź się dalej.
-Gdyby tamtej Zoe już nie było byłbym martwy już dawno.
-A jaką masz pewność że cię nie zabiję?
-Bo czujesz coś do mnie. Dawna Zoe jest w tobie. Nie umarła.
-Bredzisz kundlu.
-Nie..
-Wampir i wilkołak? To nie pasuje.
-A jednak tak... Los tak chciał dlatego się w ciebie wpoiłem
-Ty we mnie. Nie ja w ciebie.
Zobaczyłam ból w jego oczach. Coś we mnie.. Coś martwego drgnęło jednak po chwili to uczucie znikło.
-Uwolnie cię ale masz zniknąć z mojego życia.
-Nie mogę...
-Ale musisz.
Rozwiązałam go a kiedy on chciał coś powiedzieçteleportowałam go do watahy w której mnie złapali.
Tamta Zoe w którą się wpoil juź dawno umarła. Teraz jest inaczej. Nie ma już we mnie dobra.

(Dobranoc :* potem napisze dluższe bo teraz niedługo będzie 2 a ja musze z samego rana wstać :/ )

Od Rosalie

  Zgodnie z planem weszłam do Ministerstwa Magii. Był tu dosyć spory ruch, ale i tak ludzie tutaj to małe chwasty, szybko się ich pozbędę. Miałam działać zgodnie z planem Ruvika, ale i tak się go nie słuchałam. Robiłam co chciałam, jednak byliśmy zgranym zespołem, wszystko na razie szło jak po maśle. 
  Miałam się teraz spotkać z Kennym, to wysoko postawiona osoba w Ministerstwie. Zarządza magią, to osoba która ma wszędzie dostęp. A kiedy zniszczę to miejsce razem ze wszystkimi wielkimi czarodziejami... bum! Wszystko pryśnie, razem z magią. Ona osłabnie u wszystkich. Tylko nie u śmierciożerców. My karmimy się złem, śmiercią i smutkiem. No i oczywiście Dan napełnia naszą magię. On jest źródłem magii. Z niego czerpiemy wszystko. 
  Zapukałam do drzwi Kenny'ego. Pozwolił wejść, postawiłam pierwszą nogę przez próg. Miał około pięćdziesięciu lat. Był wysoki. Patrzył przez okno swojego gabinetu. 
-Proszę, siadaj. - wskazał na krzesło.
  Ja z tajemniczym uśmiechem usiadłam na wskazane miejsce. On usiadł naprzeciwko. Wtedy właśnie miał wejść Dan. 
  Nie było inaczej. 
  Urwał mu głowę. Krople krwi prysnęły mi na twarz, ja ani drgnęłam. Czarodzieje mogą również jakby... wyłączyć człowieczeństwo. Ja to zrobiłam, a raczej razem z przemianą w śmierciożercę uczucia zniknęły. Schowałam je. 
-Brawo. Tylko ubrudziłeś moją czarną skórzaną kurtkę...
-Odkupię Ci słonko. - wytarł ręce w kurtkę Kenny'ego. 
-Żartujesz? Odkąd zabiliśmy Wood'ów mamy tyle kasy, że sama sobie odkupię. - wstałam powoli i wzięłam chusteczkę z biurka. Wytarłam twarz. - Co z Zoe? 
-Zobaczymy. - westchnął i poszliśmy. 
-Jak mają się sprawy? - spytałam Zoe. 
-Jest nie wesoło. - westchnęła zła. - Ruvikowi zwiałam, nie będę ryzykować życia dla jakiegoś szczytnego celu. Jego magia się przyda. Poza tym... wysłałam dwa wampiry, są świetni, mogą być niewidzialni, są jak duchy. Posłużyły za niezłych szpiegów. Ruvik i Gerald zbierają własną mini armię bo chcą zgarnąć czarodziejów. Mają jedną od żywiołów, teraz lecą po kolejnych. 
-Spodziewałem się tego, widać nie są głupi na jakich wyglądają. - machnął ręką Dan. 
-Proponuję... - odezwała się Zoe. - zaklęcie wiążące. 
  Dan spojrzał na nią, zmrużył oczy i uśmiechnął się. 
-Dobrze kombinujesz. 
-A więc... o co z tym chodzi? - spytałam.
-Gdy ja umrę umrzesz Ty. To zaklęcie jest nierozwiązywalne, jest silne, mocne, stabilne. Zoe nieźle kombinujesz. Będziesz dowodzić wampirami ale również wilkołakami. Zajmiejsz się tym zadaniem?
-Pewnie. - wzruszyła ramionami. - Boże, będę dowodzić psami! 
-Po bitwie możesz sobie ich rozszarpać.
-Yeey! Dzięki! - ucieszona zniknęła. 
  Ja i Dan związaliśmy się. Byłam zadowolona. 

-Gdzie idziemy teraz? - spytałam.
-Znaleźć przeklęty horkruks czarodziejów. Odbiorę magię jednemu z nich. 
-Ktoś go chroni? 
-Jedna z tych czarodziejek ziemi. Cholernie trudne do pokonania, ale my damy radę. Szkoda, że nie ma z nami Zoe. Jednak może damy radę. 
  Weszliśmy do środka. 
-Ty nic nie rób. - kazał, jednak gówno go posłuchałam. 
-Jak ma na imię?
-Bonnie. Stara dobra kumpela, zamknąłem ją kiedyś w świecie... jakby własnym piekle na setki lat. Zabawa była niesamowita. Nienawidzi mnie. 
-Czego chcesz? - warknęła i odepchnęła go na ścianę. - CZEGO TU PRZYLAZŁEŚ?!
  Dan podniósł się z uśmiechem. 
-Bonnie, przyjaciółko...
-Nie denerwuj mnie. Skurwiel mnie zamknął w piekle! Byłam sama setki lat! 
-Nas oboje tam zamknęli...
-Ale ty mnie zostawiłeś! 
-Nie mam na to czasu. Szukam horkruksu... 
-Nie dostaniesz go. Ja jestem jego właścicielem i obrońcą.
-Żartujesz sobie? Jesteś w połowie silna jak ja. Nie masz ze mną szans. 
-Czyżby? - zjawiła się przed nim i... 
  Urwała mu głowę. 
  Byłam wściekła. 
-Ty bezużyteczna pieprzona wiedźmo! Coś narobiła!?
-Czym cię przekupił? - spytała spokojnie. - No? Czym? 
-Niczym. Pomagam mu i tyle. 
-Te jego obietnice... racja, zawsze ich dotrzymuje... ale jest pieprzonym szantażystą. Nie ufaj mu. Dobrze, że zginął...
  Nagle Bonnie odleciała do tyłu.
  Odwróciłam się, byłam w szoku. Dan żyje?! 
-Jak...? - szepnęła Bonnie w szoku.
-Jestem nie do zniszczenia. Zawsze wrócę. GDZIE HORKRUKS? - podniósł głos. 
-Nie powiem. Nie pozwolę ci zniszczyć tego świata..
-Zaraz tam zniszczyć... Ja go chcę tylko podrasować, zmienić na lepsze. Będzie ciekawiej, lepiej... zabawniej. Śmierciożercy wreszcie będą zadowoleni z tego, że żaden pieprzony czarodziej czy żadna wiedźma ich nie wyśle do piekła, prawda? Sama przyznaj... tak nie jest? Wiedźmo?
  Zmrużyła oczy. 
-Jesteś tak dobra w zaklęciach... a ignorujesz mnie. To, że cię zostawiłem, zraniłem dwa, czy sześć razy... to nic nie tłumaczy. Wypadek, albo dbanie o samego siebie... to wszystko. 
  Kucnął przy niej. 
-Ach. Czyli horkruks jest w piekle. Sprytnie. 
-To jest wejście do piekła, jedyne wejście. Trzymałam go specjalnie, by ciebie tam wysłać.  
  Syknęła i nagle coś dziwnego się stało...
  Bonnie wypowiedziała jakieś zaklęcie trzymając w ręku dziwne urządzenie. Dan zauważył to, złapał Bonnie za rękę i...
  Staliśmy w lesie.
-Co...? Nie... Nie,nie,nie!!!! - wrzasnęła zrozpaczona.
-Sama tego chciałaś.
-Gdzie jesteśmy? - spytałam podejrzliwie.
-W piekle. Stąd nie ma wyjścia. A teraz... ani wejścia. - szepnął i rzucił monetę na urządzenie które trzymała Bonnie. 
-Coś ty zrobił?! Nie mamy stąd wyjścia!!! Nie mamy wyjścia... - szepnęła i upuściła horkruks. 
-Trzeba było myśleć zanim to zrobiłaś. Zniszczyłem to, więc magia w świecie została po części zniszczona. A w tym piekle... no cóż. Jestem dość silny by się stąd wydostać. Wezmę stąd Rosalie, a ciebie zostawię tu na zawsze. Gnij tu. 
  Wziął mnie za rękę i odeszliśmy. 
-Co teraz zrobimy? Idiota...
-Słonko, na razie to tu przeczekamy. Nie będą wiedzieć gdzie się podzialiśmy... Muszę wrócić do świata żywych bo tu nie ma ani jednej żywej duszy. Jest tylko nasza trójka. 
-Naprawdę nie ma tu wyjścia ani wejścia?
-Nie. Zniszczyłem to na twoich oczach. To była konstrukcja wiedźm, a Bonnie jest jedną z dwunastu martwych które założyły właśnie horkruksa do własnego piekła. 
-Czemu to się nazywa piekło?
-To tylko nic nie znacząca nazwa. To jest wielka pustka, Moonlight Falls, tu jest zbiór magii ale między innymi to małe miasteczko to więzienie dla śmierciożerców, czarodziejów, wampirów i wilkołaków. Wszyscy tu trafiali za pomocą tego zniszczonego horkruksa. 
-Czyli pewnie nie ma wyjścia?
-Jest, oczywiście, że jest moja droga. - puścił go mnie oczko.
  Weszliśmy do jakiejś pustej szkoły. Tam Dan zapewnił mi małą rozrywkę. Czułam szczęście, którego tak mi brakowało. Ganialiśmy się tempem wampira po szkole, on mnie wyprzedzał, cały czas był pierwszy. 
  Stał teraz na końcu korytarza, pomachał mi z uśmiechem.
  Zaśmiałam się i zrobiłam krok w przód, ale zaraz się zatrzymałam. Usłyszeliśmy szuranie krzeseł. Dan poszedł do pomieszczeń sprawdzić kto to. 
  Dogoniłam go. Zobaczyłam jakiegoś młodego chłopaka, nie wiedział gdzie jest. Był przerażony. 
-Co tu robisz? - spytałam zaskoczona. -Jak masz na imię? 
  Milczał.
-Gadaj! - wrzasnęłam na niego. 
-Kai... 
-Czekaj,czekaj. Znasz Zoe? 
-Tak... zabili mnie... ona chciała mnie ratować...
-Ooo cholera... wyśmienicie! Mamy obietnicę spłaconą. Chciałem cię co prawda przywrócić za pomocą czarów ale tak też może być. 

  Był wieczór. Byliśmy w roku 1987. Siedzieliśmy w domu rodzinnym Dana. Było pusto. Ale za to było tu co pić i jeść, w sklepach było jedzenie, samochodów było pełno... mieliśmy co robić. Tu nie dało się umrzeć.
  Dan stał się moim bliskim przyjacielem. Jednak wiedziałam, że on chciał czegoś więcej. Był jednak ostrożny i na razie obchodziło go zwycięstwo i śmierć innych którzy mu przeszkadzają. Ruvik musiał zginąć. To było pewne. Dan cieszy się, że tak ''pozytywnie'' myślę. Ruvik zabił moich rodziców, moją mamę... Musiałam go rozwalić. 
  Bonnie była wraz z nami. Była ostrożniejsza. Bała się Dana. 
-No więc... musimy się stąd wydostać. - stwierdziłam opierając głowę na ramieniu Dana. 
-A zgińcie oboje. - mruknęła do nas Bonnie. 
  Dan spojrzał na nią. 
-Nie ładnie tak mówić. Bonnie Bennet... 
-Spieprzaj. Jak tam twoja przyrodnia siostrzyczka, hm?
-Masz siostrę?
-Tak. - odpowiedział mi. 
  Nagle Dan spoważniał, patrząc się na twarz uradowanej Bonnie.
-Nie pieprz, że jest w ciąży. 
-No... jest. 
  Zaśmiał się.
-Cudnie.
-O co chodzi? - spytałam wraz z Kai'em. 
-O nic. Plotkujemy o mojej kochanej ludzkiej siostrzyczce. Mugol. Pieprzony człowieczek. Nigdy jej nie lubiłem. 
-Musimy wrócić! - krzyknęłam.
-Zoe wie co robić. Mam z nią kontakt telepatyczny. Jest okej. Radzi sobie. Daje nam czas byśmy wrócili. Jest mądra i sprytna, silna, to najważniejsze, da radę gdyby co. Wszystkie wilkołaki są na jej zawołanie, wszyscy źli czarodzieje. Martwych czarodziejów przyzwę ja. Będą na moje rozkazy, to załatwi każdego.
-Dobrze. Więc zrób co należy. Nie chce mi się tu siedzieć. - westchnęłam i trąciłam go nosem w szyję. 

Od Ruvika

Zoe podbiegła do mnie zwinnie i szybko ja wstając z ziemi machnąłem w jej stronę ręką i rzuciłem nią o drzewo, gdy tylko osunęła się o ziemie znikła. Pojawił się Gerald.
-Trzeba coś zrobić z tym skurwielem, uważa się za pro bosa a tak naprawdę jest o dupę potrzeć, nienawidzę takich typów. - powiedział idąc w moją stronę
-Ja też, wkurwił mnie tym ,że odebrał mi Rosi ale za to jeszcze oberwie, niech sobie bierze to całe ministerstwo ja nawet nie uczęszczałem do tej szkoły ale ona jest moja.
Przeniosłem się razem z Geraldem do domu.
On rzucił się na kanapę i położył nogi na stoliku na kawę, ręce założył za głowę.
-Wiesz co musimy zrobić.
-Nie zrobimy tego.
-Może nie będzie aż tak źle.
W tym momencie pojawił się Ruvik, stanął tajemniczo w kącie i słuchał o czym mówimy.
Wskazałem palcem na niego i dosadnie wytłumaczyłem że nie chcę być takim pierdzielniętym świrem.
-Ja widzę tylko ten sposób na wyjście z sytuacji, połączycie się, przejmiesz jego moce i będzie gitara może twojego charakteru nie ruszy.
-On ocalił swoją duszę przed  przejęciem ! wiesz jaką on magią musi dysponować ! na pewno by mnie zniszczył.
Ruvik zaczął się śmiać.
-A ty czego cieszysz japę? Jakbyś był w stanie nam pomóc..
-A może jest ?
Ruvik podszedł do nas i stojąc przedzemną, powiedział.
-Jestem ogniwem, ja stworzyłem magię. - powiedział to tak tajemniczo ,że jego słowa nie do końca do mnie dotarły, skupiłem się bardziej na ich wymowie.
-Chwila bo nie bardzo rozumiem - zerwał się Gerald - jestem tu dzięki tobie ?
Ruvik kiwnął głową
-Dobra mniejsza kim jest. - spojrzałem się na Ruvika - pomożesz nam ?
Zniknął pozostawiając po sobie psychodeliczny śmiech który mógł znaczyć jedynie ,,nie"
-Z niego nie będzie pożytku. - stwierdziłem i oparłem się o ścianę.
-Wiem. A jakby zebrać kilka silnych jednostek magi ? Musiało by się udać.
-Ciężko będzie to ogarnąć.
-Damy radę
Podszedł do mnie i ucieszony wykrzyknął ,,mamy plan !"


Chwilę potem, byliśmy już przy pierwszym celu, zwykła czarodziejka nie mityczne stworzenie ale na żywiołach nikt nie zna się lepiej od niej.Nie było ją ciężko namierzyć, w końcu nie wszędzie tornado rysuje na ziemi małe kotki.


Siedziała jakby nigdy nic na polnej ścieżce i obserwowała jak mała wioska ginie w wielkiej rurze powietrznej.
-Ehm - chrząknąłem by zwrócić jej uwagę ale ona nie zareagowała. Podszedłem bliżej i położyłem dłoń na jej barku. - mogę przeszkodzić
-Już to zrobiłeś
Wstała i otrzepała ubranie, trąba przestała pustoszyć wioskę.
-A wiec o co chodzi ? - spytała wyraźnie przybita
-Potrzebujemy pomocy, trzeba zniszczyć takiego jednego typka. - powiedział Gerald stojący tuż za mna
-Naprawdę ? Potrzebujecie mnie ?
 

 -Em, no tak i to bardzo.
-Dobrze to o co chodzi dokładnie ?
-Wyjaśnimy ci wszystko u nas.
Przenieśliśmy się do domu tam rozgościliśmy Carolines. Siedziała na kanapie z Geraldem, piliśmy herbatę. W trakcje tego wszystko jej wytłumaczyliśmy, widziałem zachwyt w jej oczach, chyba dawno nikt się nią nie interesował, czuła się nie potrzebna i odrzucona, widziałem nawet rany po cięciach na dłoniach u niej.
~Te Gerald ona jest w depresji weź no się nią zajmij, przytul ją czy coś, możesz wypróbować nowe ciało - powiedziałem w myślach do Geralda jednocześnie mówiąc Caroli ,że zbieramy taki mały oddział.
~Sie robi - odpowiedział i zaczął ją trochę bajerować
-Dobra ja muszę iść dalej, Gerald zostanie z tobą i ci tam wszystko ,,głębiej" wytłumaczy. - powiedziałem wychodząc z domu

Od Rosalie

  Wiedziałam, że Dan jest nie do pokonania. jest najmłodszy ze zmarłych braci ale najsilniejszy. Gdy oni umarli chłopak dostał od nich całą moc, musiał ich wcześniej zabić. Ma wyłączone człowieczeństwo jako wampir, więc jest nieobliczalny i bardzo silny. Emanuje energią, nie wiadomo do czego się posunie. Ma Zoe, to wystarczy, by ściągnąć wampiry i więźniów z Askabanu. Po przeczytaniu kilku książek w bibliotece Hogwartu, tak, zakradłam się tam... dowiedziałam się, że jego kuzynką jest Bellatrix, która również jest wampirem. Nie takim sobie zwykłym wampirem. Znana Bellatrix jest w Volterze, to miejsce gdzie znajdują się trzy wampiry, którzy ustanawiają prawo między wampirami a wilkołakami, no i ludźmi. Gdy ktoś złamie prawo to oni muszą interweniować, nawet w świecie czarodziejów wzbudzają strach. Jednak Dan ma większe... em... ''powodzenie''. To jego chcą zabić, Kajusza, Mikaela i Aro nikt nie chce zabić, wszyscy mają do nic szacunek. Do Dana nie, wszyscy mają go w dupie, boją się go.
  Idąc ciemnym korytarzem biblioteki Hogwartu usłyszałam na zewnątrz krzyki dzieci i tych starszych uczniów. Nauczyciele wybiegli na korytarze. Do zamku wdarli się dementorzy, było ich pełno. Więźniowie z Askabanu strzelali do nauczycieli, niektórzy padali martwi a innym udało się uciec broniąc uczniów, którzy chcieli pomóc wyciągając różdżki.
  Na miotłach wlecieli śmierciożercy. Szybko do środka wszedł Dan, rozglądając się po zamku z szerokim uśmiechem. Mcgonagall wyjęła różdżkę celując w niego, ale on łatwo sobie z tym poradził, odepchnął ją aż rozbłysnął się cały korytarz.
  Z uśmiechem przemierzał korytarz, zatrzymał się na końcu i krzyknął.
-Śmierciożercy zebrać młodych uczniów! Wampiry!
  Wbiegły do środka na czele z Zoe. Widać ona dowodziła wielką armią wampirów.
-Możecie sobie tu polować. - Uśmiechnął się do Zoe.
-Czuje coś jeszcze. - odezwała się Zoe.
  Inne wampiry stały, widać były jej podporządkowane całkowicie i czekały na rozkazy od niej.
-Co takiego? - uniósł brwi Dan.
-Biblioteka.
  Po cichu pobiegłam za szafki i półki. Jednak wiedziałam, że mnie znajdą po zapachu. Dan sam wszedł do środka kierując się moim zapachem.
-Rosalie. Wychodź, wychodź.
-Co im obiecałeś? - spytałam wychodząc zza szafek. - Mówię o wampirach. Co im obiecałeś?
-Zoe? Powrót jej przyjaciela. Mają załatwioną ochronę do póki żyje. Kołki ich nie zabiją, ogień, głód... Są nieśmiertelni jak ja. To ich zachęciło, wiedzą, że słowa dotrzymam.
-Ruvik cię pokona...
  Zaśmiał się.
-Nikt mnie nie pokona. Ja zawsze wygrywam.
-Ale mnie zostaw w spokoju...
-Ja walczę o ciebie. Ruvik długo nie pociągnie, a na razie zaklęcie rzucone na ciebie powinno go zniechęcić.
-Jakie zaklęcie?
-Tylko on będzie widział cię jako Mary. Piękną, seksowną Mary. Ale ta jej gorsza wersja go nie opuści, ta natrętna Mary będzie wracać gdy ciebie nie będzie. Pewnie teraz go nęka, albo zacznie. To zaklęcie trwałe, ale tylko ja takowe mogę złamać. Ja mogę wszystko. Jestem jak księga, jak centrum energii. Ode mnie wszystko się bierze, mogę odebrać mu magię i mnie nie pokona. Właśnie, trzeba to zrobić.
-A jeśli... weźmiesz mnie a jego zostawisz w spokoju?
-Słonko, tu nie ma znaczenia czy go zostawisz czy nie. On jest dla mnie małym chwastem którego muszę wyrwać z korzeniami. Tak czy siak muszę mu odebrać magię. Zacznę od niego.
  Zniknął. Ja ruszyłam znaleźć Ruvika.
  Znalazłam ich dopiero rano. Widocznie Ruvik nieźle się ukrywał, skoro Dan teraz go zlokalizował. Dan zatrzymał mnie za sobą. Nie mogłam sie ruszyć.
-Zostaw ją. - nakazał Ruvik.
-Ruvik słuchaj, jesteś dla mnie małym problemem, muszę po prostu... odebrać ci magię. A, no i oczywiście sprawić, by ona o tobie zapomniała. Wtedy wreszcie będzie moja.
-Nie rzucisz na nią żadnego zaklęcia...
-Rzucę. Najpierw zabawmy się trochę. Widzisz Mary? - odsunął się ukazując mnie.
  Ruvik zesztywniał.
-Skąd....
-To Rosalie, teraz będziesz widział tylko swoją Mary. Mogę ją przywrócić do życia, a Rosalie oddasz mi. Co ty na to? Jeśli się nie zgodzisz.. cóż...
-Na nic się nie zgodzę.
-Nie masz ochoty na pakt z diabłem? No cóż.. Dobrze.
  Zerwał się silny wiatr. Dan uniósł rękę i Ruvik zaczął lewitować. Kierował nim, uderzył nim o drzewo.
-Czujesz moją siłę? Panuje nawet nad naturą! - zaśmiał się. - A teraz... wampiry! Jedzonko. - uśmiechnął się patrząc na Ruvika.
-Nie, proszę...
  Dan obrócił się patrząc na mnie.
-Usuń pamięć mi albo Ruvikowi, ale oszczędź go!
-Oooch... jesteś taka urocza... Ale to ja muszę zadecydować. Ty będziesz decydować w późniejszej fazie. Ja tu rządzę.
-Co chcesz zrobić teraz?
-Pewnie obalić Ministerstwo Magii... potrzebuję do tego Ross. Ciebie chciałbym mieć w kolekcji śmierciożerców, ale ten starzec za dużo od ciebie chciał. Szkoda, że nie połączyłeś się z złym Ruvikiem... byłbyś równie zły jak ja. Ale tylko ja jestem tak silny. Ach, kocham się po prostu... No i Rosalie. - spojrzał na mnie. - Pomęcz się trochę.
  Odwrócił się do mnie i spojrzał mi w oczy.
-Od teraz Ruvik jest dla ciebie obcym człowiekiem. Zabił twoich rodziców, twoją matkę. Zniszczył im życie a potem chciał zniszczyć ciebie. Nic. Do. Niego. Nie. Czujesz. Jasne?
-Jasne.
  Przytaknęłam jak robot, kodowałam to co mówił. Zahipnotyzował mnie jak wampir, dokładał zaklęciem w to wszystko.
-Zoe! Zajmiesz się nim? - spojrzał na Ruvika i Zoe, która się właśnie zjawiła.
-Oczywiście. - mrugnęła do Dana a mnie zabrał.
 
  Byliśmy w NY. Siedzieliśmy w jakimś pokoju hotelowym, tym kilku gwiazdkowym. Wybierał tylko najlepsze miejsca.
-Gdzie idziemy?
-Do mojego budynku i moich ludzi. Zapoznasz się z nimi, wyszkolą cię a potem pójdziemy obeznać się z Hogwartem, jak tam wampiry mają sprawy...
  Zeszłam po schodach w czarnych seksownych rurkach, butach na obcasach i bluzce z odkrytym brzuchem, wzięłam jeszcze krótką skórzaną kurtkę. Zmierzył mnie z uśmiechem.
-To mi się podoba, Ross. - wyszłam z nim z hotelu do czarnego bmw. - Wszystko idzie zgodnie z planem, prawda Rosalie? - spojrzał się na mnie.
-Mam nadzieję, że nie będzie mi się nudzić. Chcę coś robić, walczyć, zabić kogoś... nudno jest być człowiekiem.
-Niedługo będziesz kim zechcesz, tylko poproś. Najpierw musimy zrealizować plany w związku ze zmianą jaką dla ciebie przygotowałem.
-Plany? Ze mną? Zmiana? Doskonale, Dan. - uśmiechnęłam się.
-Nagroda należy się później.
-Zobaczymy. - parsknęłam. - Będę pracować z Zoe?
-Możliwe. We trójkę mamy zgrany zespół. Najpierw twoja zmiana, potem zniszczyć Ministerstwo. To będzie trudne, ale wykonalne ze mną tobą i Zoe. Zgarniemy wilkołaki, będą się stawiać, ale myślę, że wszystko pójdzie jak z górki.
-Doskonale. - spojrzałam się na swoje paznokcie, pomalowane na ciemny granat.
  Plany,plany,plany... decyzje,decyzje,decyzje... miejmy nadzieję, że Voltera nie wpieprzy się w to co zaplanował Dan.

Od Ruvika

-Przeklęty czarodziej, a mogłem go rozwalić. - chodziłem w kółko po domu Geralda
-Nie mogłeś.
-Wtedy mogłem !
-Wtedy to nie teraz, i wtedy pomógł nam trzeci z braci
-Ale on nie żyje - uspokoiłem się trochę
-Właśnie, dlatego trzeba wymyślić coś innego 
-A ten Ruvik we mnie ? On w cale nie jest taki zły, wiele potrafi.
-Też o tym myślałem ale on, no nie przekonuje mnie i jeszcze ta cała Mary, gdy ona się dowie to będzie po Ruviku.
-Dobra mamy nie wiele czasu.
Podszedłem do łóżka na którym leżał starzec a obok niego prawie martwy mężczyzna.
Zacząłem wymawiać pod nosem zaklęcie odnowy i przejmowana ciała. Na sam koniec gdy już powoli milkłem, klęknąłem przy niskim łóżku i odciąłem nożem głowę Geraldowi.
Wstając podałem rękę mężczyźnie aby go podnieść do postawy siedzącej. Usiadłem na krześle które przyniosłem sobie z kuchni. Odpaliłem fajkę.
http://i.pinger.pl/pgr360/40e108220019d45a52f25591
-No wstawaj na co czekasz ? - ponaglałem Geralda teraz już w innej postaci, młodszej.
-Dobra czekaj, dawno tego nie robiłem.
Gerald powoli chwiejąc się jeszcze jak staruszek wstał z łóżka, spojrzał się na dłonie następnie na nogi i brzuchu, im dłużej siebie oglądał tym szerzej się uśmiechał i dopieczentował te oględziny radosnym podskokiem.
-Yey! Nie jestem już stary !
-Nie ma za co. - odparłem odciągając fajkę od ust. - wiesz ,że będę musiał o tym wszytkim powiedzieć Rosaie ?
-Nie ! Nie chcemy ryzykować, dobrze jest tak jak jest.
-Powiem jej, myślę ,że zrozumie ,jest inteligentna więc powinna.
-Nie mów ,że nawet po odzyskaniu pamięci, po przypomnieniu sobie tych setek dziewczyn i uczuć do nich nadal lecisz na Rosalie.
-Zgadza się, a tych setek dziewczyn sobie nie przypominam, Rosi jest jedyna.
-Szczenięce gadanie.
-Wiek mamy podobny a o miłości przekonasz się jak spotkasz jakąś której spodoba się twoje ciało, nawet fajne sobie wybrałeś, ja musiałem wyćwiczyć moje. Ale mniejsza ja lecę jej o tym powiedzieć, musi wiedzieć jako pierwsza.
Poklepałem Geralda po barku i pojawiłem się na jakieś ulicy, w sumie nie ważne jakiej ,ważne ,że w moją stronę szła zapatrzona na wszystko inne a nie na mnie Rosi, dopiero gdy mnie zauważyła podbiegła.
http://b2.pinger.pl/72345ae968b90042a215ae11240253fd/tumblr_myb99l3Ngq1tn6euio1_r1_500.gif
Trwając w uścisku przeniosłem nad do domu.
Gorąco ją pocałowałem a gdy chciałem to skoczyć ona się rozkręciła, zdjęła mi koszulkę i przewróciła na łóżko.
-Tęskniłam
-Ja też, ale
Pocałowała mnie namiętnie, nie dając skończyć zdania, odsunąłem ją odemnie.

http://b2.pinger.pl/788bd71316dca511b317ba3ebc1d8d08/large.gif
-Co się dzieje Rajan ? - spytała dalej nie odpuszczając
-Musze ci coś powiedzieć, to jest ważne.
Momentalnie spoważniała i podała mi moją koszulkę, założyłem ją i usiadłem na rogu łóżka koło Rosi.
-A wiec o co chodzi ? -spytała lekko wkurzona
-Nie wiem jak to ubrać w słowa, od czego zacząć ?
-Od czego chcesz po prostu powiedz.
-Nie zostawisz mnie ?
-Zależy od tego co mi chcesz powiedzieć
-Ewr ale mi pomogłaś no ale nic. Widziałaś Geralda tego starego pryka, teraz już ma młode ciało ale umysł ten sam. Bo widzisz ten koleś co się zjawił przywrócił mi pamięć utraconą w trakcje przejmowania ciała Ruvika. Zrobiłem to gdy on był praktycznie martwy po pożarze, ale okazało się ,że był dość silnym czarownikiem aby zdołać się ocalić chociaż w części, ten Ruvik który mnie prześladuje to ten który umarł.
-Chwila chwila, trochę to skomplikowane. To ty nie jesteś Ruvikiem ? - odsunęła się odemnie
-Jestem ale teraz moja pamięć nie sięga tylko życia tego młodego czarownika ale też pamiętam moje życie, a krótkie nie było, to w sumie kilka wieków.
-Fu! ale ty jesteś stary ! wiedziałeś i mi nie powiedziałeś ! jesteś świnią !
Wstała z łóżka, ja też ale gdy to zrobiłem zarobiłem z liścia.
http://b1.pinger.pl/a6d933444b7e1b3e87e359e94cbb215a/tumblr_mdmif8NyZV1rtujroo1_500.gif
-Zrozum ja też nie wiedziałem, jesteś pierwszą osobą której to mówię. Gerald miał tylko za zadanie mi to wszystko przypomnieć, nie miał mnie szkolić. Rosi kocham cię, moje uczucia się nie zmieniły razem jesteśmy w stanie go pokonać.
Wyszła z domu a ja pobiegłem za nią.
http://b1.pinger.pl/33f48141494108a35f06d2c94fd047b8/tumblr_inline_miwz6qubWW1qz4rgp.gif
Przytuliłem ją i pocałowałem w policzek cicho szepcząc ,że ją kocham później jeszcze dodałem ,że jak to wszystko przemyśli wie jak mnie znaleźć, nie będę się narzucał zrobi jak uważa.


poniedziałek, 20 lipca 2015

Od Zoe

Siedziałam w fotelu patrząc na tego całego Dana.
-Nadal nie rozumiem po co Ci ja.
-Z tego co słyszałem sprawiłaś wiele problemów wilkołakom. Umiesz wiele rzeczy które będą mi przydatne.
-Jestem Ci potrzebna? A zapytałeś sie mnie o zdanie czy chcę Ci pomóc?
-A chcesz wrócić do wilkołaków?
-Szantaż? Sprytnie. I tak bym im uciekła.
-Chcieli Cie zabić.
-Cole by na to nie pozwolił.-powiedziałam patrząc na paznokcie.
-Podoba mi się to jaka jesteś. Obojętna. Nawet do bliskich Ci osób. To też mi sie przyda.
-A co ja będę miała za pomoc Ci?
-Z tego co sie zorientowałem.. Zamordowałaś policjantów i członków mafii. Raczej to nie był przypadek. Powiesz mi dlaczego?
-To nie jest twój interes.
-Wyczuwam w tym wszystkim zemstę. Dzięki mnie zemścisz się na wszystkich co Ci zawinili.
-A jeśli nie chce?
-Chcesz.
Pokręciłam głową. Zaczynał mnie drażnić.




-Ze mną osiągniesz wiele.
-Wiesz co planowałam? Po zrobieniu tego wszystkiego co postawiłam sobie na celu miałam się zabić. Po prostu.. planowałam albo oddać sie wilkołaka, łowcą czy po prostu sama przebici sobie serce... Nadal to mogę zrobić więc jeśli jestem Ci potrzebna.. postaraj się mnie przekonać bym Ci pomogła.
-Jeśli ten chłopak nie został skremowany w co wątpię patrząc na budżet jego rodziny.. przywrócę go do życia.
-Co?
-Dobrze usłyszałaś.
-Skąd..
-Mam swoje sposoby. To jak? Wchodzisz w to?



-Jesteś wstanie przywrócić Kaja do życia?
-Tak.
-Obiecujesz?
-Tak.
-Wiec masz odpowiedź.-odparłam a on się uśmiechną.

Od Rosalie

  Spacerując lasem starałam się odprężyć, jednak było to niemożliwe. Las był ogromny, nie dziwię się, że to tutaj wilkołaki i wampiry stąd pochodzą. Zaczęłam zaprzyjaźniać się powoli z watahą w której jest Cole. Spędzałam z nimi czas, gdy Ruvika nie było.  Sfora była tą z największych, liczyła dwadzieścia trzy wilki. Cały czas dochodzili nowi, którzy potem byli rozsyłani po całym świecie, dziwnie to brzmi... ale młodziaki jeśli wybierają takie życie jak wilkołacze szlajanie się po okolicach by zabijać wampiry i chronić ludzi... to niestety - alfa podejmuje się tego czy zaopiekować się nowym, czy jednak może wywalić go lub wysłać gdzie indziej.
  Wampirów jest coraz więcej w mieście i okolicach. Ruvik każe mi uważać, ale to ja się o niego martwię bardziej. On chodzi gdzieś z kimś, kogo ja w ogóle nie znam. Niby go uczy... ale jakoś nie mam do niego zaufania... nie znam tego gościa... a Ruvika może coś zaatakować tak samo jak i mnie.
  Spacerując obok drogi usłyszałam za sobą klakson. Podskoczyłam, odwróciłam się by zobaczyć kto to. Był to Tyler, alfa. Z nim się zaprzyjaźniłam, tak jak i z pozostałymi osobami sfory. Wsiadłam do samochodu jak mnie poprosił. Od jakiegoś czasu miałam dziwne wrażenie, że coś do mnie ma... nie w takim sensie, że chce mnie skrzywdzić... po prostu... chyba... coś do mnie... czuje? A może nie? Może to tylko mi się tak zdaje?
-Co taka zamyślona, Ross?
-Em... Nic, tak sobie myślę... jak z Cole'em? Trzyma się? Po zniknięciu Zoe...
-Szuka jej. Wiesz... tłumaczę mu, że to pieprzony wampir i może po prostu go olała, ale on od razu się wycofuje. Zniknął. Znowu.
-Co? Jak to? Kiedy?
-Trzy dni temu. Zoe odeszła, a on jej szuka. Wszędzie. Jednak każdy wilkołak uzna go za szaleńca, bo nie dość, że jest wilkiem to jeszcze szuka swojej ''miłości'' Zoe... Śmieszne.
-Czemu tak jej nie lubisz?
-Bo nienawidzę tych szmat, pijawek...
-Obrażasz moją przyjaciółkę.
-Sorry Rosalie, ale sama rozumiesz... jestem wilkiem, nie podoba mi się to, że mój człowiek jest wpojony w jakąś wampirzycę.
-A coś o niej wiadomo?
-Tak.
-Co takiego?
-Wiesz...
-No mów!
-Po prostu znaleźliśmy ją. To znaczy... znaleźli ją moi ludzie. Byli na patrolu, dostali wiadomość od tamtych wilków z północy. Zajęli się tym jak najszybciej a nam kazali ją przejąć i zabić... jednak chciałbym aby Cole zobaczył jaka jest naprawdę.
-Jedźmy tam!
  Pojechaliśmy do rezerwatu, tam, gdzie mieszka część wilków ze sfory. Cole miał tam swój jakby warsztat... to było jego zajęcie odkąd Zoe zniknęła.
-Wyłączyła człowieczeństwo. - usłyszałam głos Szrona.
-Jeszcze lepiej. - stwierdził Tyler.
-Zabijemy ją? - spytał Sebastian.
-Nieee. - uśmiechnął się Tyler patrząc na Zoe.
-Ktoś wstał. - zaśmiał się Sam wraz z całą resztą patrząc na to, jak obudziła się moja przyjaciółka.
-Odsuńcie się! - krzyknęła Zoe z wysuniętymi kłami. - Rosalie...? - zauważyła mnie.
-Hej...
-Co tu robisz? Pomagasz im?
-Nie... właśnie się dowiedziałam, że Cię tu złapali...
-Wypuśćcie mnie. TERAZ!
-Głodna? - roześmiał się Seth drażniąc Zoe.
-Jak Ci przywalę... - szarpała się, ale była przywiązana do specjalnych łańcuchów nasączonych werbeną.
-Wypad! - usłyszałam głos Cole'a.
  Odgarnęłam kosmyk włosów za ucho i obejrzałam się. Cole zbliżał się dosyć szybko w naszą stronę.
  Miał kilkudniowy zarost, w którym nawet wyglądał seksownie. Jednak... Cole to nie mój typ faceta. Moim typem jest Ruvik... Zaczynałam za nim tęsknić.
  Cole odsunął wszystkich do tyłu.
-Zabiła ludzi. Policjantów... - powiedział chłopak stojący w rogu piwnicy.
  Skąd on tu...?
-Kto to? - spytałam Tylera.
-To jest Dan Parker.
  Podszedł do mnie i podał mi rękę. Uśmiechnął się pod nosem i spojrzał mi w oczy.
-Kim jesteś? - spytałam podejrzliwie.
-Jestem pierwszym czarodziejem z rodu Gemini. Opowiem Ci wszystko ale nie tutaj. Co Ty na to?
-Tak... chodźmy.
  Wyszlismy z piwnicy.
-A więc... opowiadaj.
-Jestem czarodziejem, pierwszym, jak już mówiłem...
-Czekaj czekaj... Dan Parker nie był przypadkiem tym złym z trzech braci, którzy zabił pozostałych dwóch?
-Zgadza się. Ale nie musisz się mnie bać, nie zabijam dziewczyn.
-Wow, dzięki. - parsknęłam.
-Więc... Ród Gemini chciał mnie zabić, by jedno z bliźniąt które się narodzi mogło odziedziczyć moc po mnie... ale ja się nie dałem. Byłem tym który się im przeciwstawił... i...
-I zniszczył Gemini... - szepnęłam.
-Tak.
-Jesteś pół czarodziejem pół wampirem?
-Dokładnie. A jestem tu, bo potrzebuję energii... No i słyszałem o dziewczynie która została zawieszona w Hogwarcie. - uśmiechnął się i puścił mi oczko.
-Taaak... Skąd słyszałeś?
-Jestem w Hogwarcie uznany za tego złego, uczniowie mówią na mnie że jestem silniejszy od Voldemorta. - zaśmiał się. - To mi schlebia. A zainteresowałaś mnie, bo podobno w twoich żyłach płynie krew Voldemorta...
-Słucham?
-Dlatego zostałaś zawieszona. Mcgonagall nie od razu wiedziała kim jesteś. Ale potrzebowała tylko eliksiru pamięci, od razu weszła do twojej głowy.
-Skad to wszystko wiesz?
-Jestem pierwszym czarodziejem, wampirem... umiem czytać w myślach. Wszyscy mnie znają na całym świecie. Wilkołaki nawet się mnie boją, chociaż mogą mnie zabić.
-Ktoś próbował?
-Cały czas próbują ci starsi czarodzieje. My we dwójkę jesteśmy czarnymi charakterami. Musiałem Cię znaleźć.
-Ale... Nie jesteśmy spokrewnieni...?
-Nie,nie. Skąd.
-Och to dobrze...
-A to czemu? - podniósł brwi.
-A nic tak mówię...
  Odwróciłam wzrok.
  Zaśmiał się.
  Nagle przede mną pojawił się Ruvik i jakiś starzec. Zmrużyłam oczy.
-Ach! To Ty! - spojrzał na nich. Chyba mówił do starca. - Nie sądziłem, że tak szybko się o mnie dowiesz.
-Odsuń się od niego, Rosalie. - powiedział Ruvik.
-Ona i tak należy do mnie.
-Nie chodzi o nią, tylko o ciebie. Musisz umrzeć, dawno to się powinno stać. - odezwał się starzec.
  Dan roześmiał się głośno.
-Ja założyłem księgę czarów, to ja wzniosłem Gemini... A oni chcieli mnie zabić...
-I to przez ciebie żyje ktoś taki jak Rosalie. - odpowiedział mu.
-Słucham? - zdziwiłam się.
-Nikt ci nie powiedział? - udał smutnego Dan. - Biedna... - pogładził mnie po ramieniu.
  Ruvik się spiął.
-Ach! Wy jesteście razem? Ale numer... Ruvik, tak? Przecież wiesz, że ona musi umrzeć. Ale ja tu odwalam rolę bohatera złych czarodziejów, ona należy do mnie. Wiesz, kto to jest śmierciożerca. Ja nim jestem, tak jak Rosalie.
  Spojrzałam na Ruvika. Byłam bezsilna. Ja śmierciożercą?!
-A czego się spodziewałeś, Ruvik? - mówił Dan. - Twój ''nauczyciel'' ci już tego nie powiedział? Zabawne. Możesz o niej zapomnieć. To tylko jedno zaklęcie. Mogę Ci nawet pomóc.
  Ruvik zacisnął zęby i chciał chyba użyć jakiegoś zaklęcia... ale starzec będący nauczycielem, jak się okazało, nie pozwolił mu na to.
-Dobry ruch. - mrugnął do nich Dan. - No co ze mną zrobicie? Że niby wy macie mnie powstrzymać? - roześmiał się Dan. - Ja powracam wraz ze śmierciożercami. Wiecie co chcemy robić z czarodziejami. Pozabijamy wszystkich a tych złych wypuścimy z Askabanu.
-Nie pozwolimy na to. - spojrzał się na niego starzec.
-Nie macie nic do gadania. - westchnął Dan. - No bo co zrobicie? Gówno. Będziecie tylko chwilowym problemem, usunę was raz dwa. A z Rosalie zrobię śmierciożercę jak się patrzy.
-Nie pozwolę na to, byś ją tknął. - warknął Ruvik.
-No, pokaż co potrafisz. - wyprostował się Dan. - No?
-Potrzebujesz też wampirów, prawda? - spytał starzec zatrzymując ruch Ruvika.
  Ja stałam jak słup słuchając ich rozmowy. Byłam w szoku. Zbyt dużym szoku.
-Potrzebuję to za dużo powiedziane. One mi nie przeszkadzają. Wilkołaki też, ale pewnie będą chciały wam pomóc... więc ja zbiorę wampiry, więźniów, wszystkich śmierciożerców. Rosalie załatwi początek. A ja dokończę wraz z nią. Wybacz Ruvik, że planuję przyszłość z twoją dziewczyną. - roześmiał się. - A może nie jest twoją dziewczyną? Może ona jest?
  Obok Dana pojawiła się ta Mery.
-O nią ci chodzi całe życie. A Rosalie to tylko mały dodatek do życia, bo tylko ona akceptowała cię w czasie epidemii. Ale o swojej brunetce nigdy nie zapomniałeś. Mary... ach biedna Mary... mogę ci ją dać w zamian za danie mi wolnej ręki. Mary cały czas czeka, jest wykorzystywana przez Mike'a, pamiętasz go? Odciągał twoją uwagę pokazując ci ją. A ty cały czas chodziłeś z dziewczyną, która jest przeznaczona od początku do końca jednemu z czarodziejów, którzy... no... już dawno temu zostali zamordowani przeze mnie. Ja sobie przywłaszczam Rosalie, chciałem jej już wcześniej. Jest taka pociągająca... - zmierzył mnie i zacisnął zęby. - Przyciąga mnie. A dla ciebie była przeznaczona Mary...
  Ruvik nagle rzucił w niego nożem. W serce. Był przesączony werbeną, ale... to nic nie zadziałało, chociaż nóż był tak naprawdę kołkiem.
-Tak bardzo bolało. - przeciągnął końcówkę.
  Wyciągnął z siebie nóż, rana zagoiła się w sekundę.
-Nie da się mnie zabić. Postarałem się, bym był niezniszczalny. Ogień, kołki, werbena.... Nic mnie nie zabije. A Zoe również potrzebuję. To część mojego planu. A tym czasem... spowolnię was o parę kroczków, co wy na to? - zaśmiał się i rzucił nożem w brzuch starca. Upadł na ziemie.
-Nic mu nie będzie. To po prostu ma was spowolnić. - mrugnął do nich. - A potrzebny ci jest przecież ten starzec do pokonania mnie, prawda? Ale to nie ze mną będziesz walczył.
  Zniknął, zabierając mnie ze sobą.
-Na razie nic ci nie grozi.
-Czego chcesz? - spytałam.
  Musiałam się z nim bardziej zaprzyjaźnić. Skoro byłam tą złą, muszę złem zabić Dana. Dowiem się jak można go zabić, podam tę informację Ruvikowi. Załatwi go, a ja umrę razem z całym tym gównem które zaplanował Dan.
  Weszliśmy do piwnicy. Wilkołaki chyba nie miały o niczym pojęcia. Dan zdążył zaprzyjaźnić się z nimi i omotać ich.
-Dajcie mi ją. - powiedział Dan.
-Chcesz... mnie...? - zdziwiła się Zoe.
-Tak.
  Wiedziałam, że nic nikomu nie mogę mówić. Miało być tak jak przedtem. Wróciłam do domu, Dan uwolnił Zoe... i zniknął. Wiedziałam jednak, że to nie koniec.