Miałam się teraz spotkać z Kennym, to wysoko postawiona osoba w Ministerstwie. Zarządza magią, to osoba która ma wszędzie dostęp. A kiedy zniszczę to miejsce razem ze wszystkimi wielkimi czarodziejami... bum! Wszystko pryśnie, razem z magią. Ona osłabnie u wszystkich. Tylko nie u śmierciożerców. My karmimy się złem, śmiercią i smutkiem. No i oczywiście Dan napełnia naszą magię. On jest źródłem magii. Z niego czerpiemy wszystko.
Zapukałam do drzwi Kenny'ego. Pozwolił wejść, postawiłam pierwszą nogę przez próg. Miał około pięćdziesięciu lat. Był wysoki. Patrzył przez okno swojego gabinetu.
-Proszę, siadaj. - wskazał na krzesło.
Ja z tajemniczym uśmiechem usiadłam na wskazane miejsce. On usiadł naprzeciwko. Wtedy właśnie miał wejść Dan.
Nie było inaczej.
Urwał mu głowę. Krople krwi prysnęły mi na twarz, ja ani drgnęłam. Czarodzieje mogą również jakby... wyłączyć człowieczeństwo. Ja to zrobiłam, a raczej razem z przemianą w śmierciożercę uczucia zniknęły. Schowałam je.
-Brawo. Tylko ubrudziłeś moją czarną skórzaną kurtkę...
-Odkupię Ci słonko. - wytarł ręce w kurtkę Kenny'ego.
-Żartujesz? Odkąd zabiliśmy Wood'ów mamy tyle kasy, że sama sobie odkupię. - wstałam powoli i wzięłam chusteczkę z biurka. Wytarłam twarz. - Co z Zoe?
-Zobaczymy. - westchnął i poszliśmy.
-Jak mają się sprawy? - spytałam Zoe.
-Jest nie wesoło. - westchnęła zła. - Ruvikowi zwiałam, nie będę ryzykować życia dla jakiegoś szczytnego celu. Jego magia się przyda. Poza tym... wysłałam dwa wampiry, są świetni, mogą być niewidzialni, są jak duchy. Posłużyły za niezłych szpiegów. Ruvik i Gerald zbierają własną mini armię bo chcą zgarnąć czarodziejów. Mają jedną od żywiołów, teraz lecą po kolejnych.
-Spodziewałem się tego, widać nie są głupi na jakich wyglądają. - machnął ręką Dan.
-Proponuję... - odezwała się Zoe. - zaklęcie wiążące.
Dan spojrzał na nią, zmrużył oczy i uśmiechnął się.
-Dobrze kombinujesz.
-A więc... o co z tym chodzi? - spytałam.
-Gdy ja umrę umrzesz Ty. To zaklęcie jest nierozwiązywalne, jest silne, mocne, stabilne. Zoe nieźle kombinujesz. Będziesz dowodzić wampirami ale również wilkołakami. Zajmiejsz się tym zadaniem?
-Pewnie. - wzruszyła ramionami. - Boże, będę dowodzić psami!
-Po bitwie możesz sobie ich rozszarpać.
-Yeey! Dzięki! - ucieszona zniknęła.
Ja i Dan związaliśmy się. Byłam zadowolona.
-Gdzie idziemy teraz? - spytałam.
-Znaleźć przeklęty horkruks czarodziejów. Odbiorę magię jednemu z nich.
-Ktoś go chroni?
-Jedna z tych czarodziejek ziemi. Cholernie trudne do pokonania, ale my damy radę. Szkoda, że nie ma z nami Zoe. Jednak może damy radę.
Weszliśmy do środka.
-Ty nic nie rób. - kazał, jednak gówno go posłuchałam.
-Jak ma na imię?
-Bonnie. Stara dobra kumpela, zamknąłem ją kiedyś w świecie... jakby własnym piekle na setki lat. Zabawa była niesamowita. Nienawidzi mnie.
-Czego chcesz? - warknęła i odepchnęła go na ścianę. - CZEGO TU PRZYLAZŁEŚ?!
Dan podniósł się z uśmiechem.
-Bonnie, przyjaciółko...
-Nie denerwuj mnie. Skurwiel mnie zamknął w piekle! Byłam sama setki lat!
-Nas oboje tam zamknęli...
-Ale ty mnie zostawiłeś!
-Nie mam na to czasu. Szukam horkruksu...
-Nie dostaniesz go. Ja jestem jego właścicielem i obrońcą.
-Żartujesz sobie? Jesteś w połowie silna jak ja. Nie masz ze mną szans.
-Czyżby? - zjawiła się przed nim i...
Urwała mu głowę.
Byłam wściekła.
-Ty bezużyteczna pieprzona wiedźmo! Coś narobiła!?
-Czym cię przekupił? - spytała spokojnie. - No? Czym?
-Niczym. Pomagam mu i tyle.
-Te jego obietnice... racja, zawsze ich dotrzymuje... ale jest pieprzonym szantażystą. Nie ufaj mu. Dobrze, że zginął...
Nagle Bonnie odleciała do tyłu.
Odwróciłam się, byłam w szoku. Dan żyje?!
-Jak...? - szepnęła Bonnie w szoku.
-Jestem nie do zniszczenia. Zawsze wrócę. GDZIE HORKRUKS? - podniósł głos.
-Nie powiem. Nie pozwolę ci zniszczyć tego świata..
-Zaraz tam zniszczyć... Ja go chcę tylko podrasować, zmienić na lepsze. Będzie ciekawiej, lepiej... zabawniej. Śmierciożercy wreszcie będą zadowoleni z tego, że żaden pieprzony czarodziej czy żadna wiedźma ich nie wyśle do piekła, prawda? Sama przyznaj... tak nie jest? Wiedźmo?
Zmrużyła oczy.
-Jesteś tak dobra w zaklęciach... a ignorujesz mnie. To, że cię zostawiłem, zraniłem dwa, czy sześć razy... to nic nie tłumaczy. Wypadek, albo dbanie o samego siebie... to wszystko.
Kucnął przy niej.
-Ach. Czyli horkruks jest w piekle. Sprytnie.
-To jest wejście do piekła, jedyne wejście. Trzymałam go specjalnie, by ciebie tam wysłać.
Syknęła i nagle coś dziwnego się stało...
Bonnie wypowiedziała jakieś zaklęcie trzymając w ręku dziwne urządzenie. Dan zauważył to, złapał Bonnie za rękę i...
Staliśmy w lesie.
-Co...? Nie... Nie,nie,nie!!!! - wrzasnęła zrozpaczona.
-Sama tego chciałaś.
-Gdzie jesteśmy? - spytałam podejrzliwie.
-W piekle. Stąd nie ma wyjścia. A teraz... ani wejścia. - szepnął i rzucił monetę na urządzenie które trzymała Bonnie.
-Coś ty zrobił?! Nie mamy stąd wyjścia!!! Nie mamy wyjścia... - szepnęła i upuściła horkruks.
-Trzeba było myśleć zanim to zrobiłaś. Zniszczyłem to, więc magia w świecie została po części zniszczona. A w tym piekle... no cóż. Jestem dość silny by się stąd wydostać. Wezmę stąd Rosalie, a ciebie zostawię tu na zawsze. Gnij tu.
Wziął mnie za rękę i odeszliśmy.
-Co teraz zrobimy? Idiota...
-Słonko, na razie to tu przeczekamy. Nie będą wiedzieć gdzie się podzialiśmy... Muszę wrócić do świata żywych bo tu nie ma ani jednej żywej duszy. Jest tylko nasza trójka.
-Naprawdę nie ma tu wyjścia ani wejścia?
-Nie. Zniszczyłem to na twoich oczach. To była konstrukcja wiedźm, a Bonnie jest jedną z dwunastu martwych które założyły właśnie horkruksa do własnego piekła.
-Czemu to się nazywa piekło?
-To tylko nic nie znacząca nazwa. To jest wielka pustka, Moonlight Falls, tu jest zbiór magii ale między innymi to małe miasteczko to więzienie dla śmierciożerców, czarodziejów, wampirów i wilkołaków. Wszyscy tu trafiali za pomocą tego zniszczonego horkruksa.
-Czyli pewnie nie ma wyjścia?
-Jest, oczywiście, że jest moja droga. - puścił go mnie oczko.
Weszliśmy do jakiejś pustej szkoły. Tam Dan zapewnił mi małą rozrywkę. Czułam szczęście, którego tak mi brakowało. Ganialiśmy się tempem wampira po szkole, on mnie wyprzedzał, cały czas był pierwszy.
Stał teraz na końcu korytarza, pomachał mi z uśmiechem.
Zaśmiałam się i zrobiłam krok w przód, ale zaraz się zatrzymałam. Usłyszeliśmy szuranie krzeseł. Dan poszedł do pomieszczeń sprawdzić kto to.
Dogoniłam go. Zobaczyłam jakiegoś młodego chłopaka, nie wiedział gdzie jest. Był przerażony.
-Co tu robisz? - spytałam zaskoczona. -Jak masz na imię?
Milczał.
-Gadaj! - wrzasnęłam na niego.
-Kai...
-Czekaj,czekaj. Znasz Zoe?
-Tak... zabili mnie... ona chciała mnie ratować...
-Ooo cholera... wyśmienicie! Mamy obietnicę spłaconą. Chciałem cię co prawda przywrócić za pomocą czarów ale tak też może być.
Był wieczór. Byliśmy w roku 1987. Siedzieliśmy w domu rodzinnym Dana. Było pusto. Ale za to było tu co pić i jeść, w sklepach było jedzenie, samochodów było pełno... mieliśmy co robić. Tu nie dało się umrzeć.
Dan stał się moim bliskim przyjacielem. Jednak wiedziałam, że on chciał czegoś więcej. Był jednak ostrożny i na razie obchodziło go zwycięstwo i śmierć innych którzy mu przeszkadzają. Ruvik musiał zginąć. To było pewne. Dan cieszy się, że tak ''pozytywnie'' myślę. Ruvik zabił moich rodziców, moją mamę... Musiałam go rozwalić.
Bonnie była wraz z nami. Była ostrożniejsza. Bała się Dana.
-No więc... musimy się stąd wydostać. - stwierdziłam opierając głowę na ramieniu Dana.
-A zgińcie oboje. - mruknęła do nas Bonnie.
Dan spojrzał na nią.
-Nie ładnie tak mówić. Bonnie Bennet...
-Spieprzaj. Jak tam twoja przyrodnia siostrzyczka, hm?
-Masz siostrę?
-Tak. - odpowiedział mi.
Nagle Dan spoważniał, patrząc się na twarz uradowanej Bonnie.
-Nie pieprz, że jest w ciąży.
-No... jest.
Zaśmiał się.
-Cudnie.
-O co chodzi? - spytałam wraz z Kai'em.
-O nic. Plotkujemy o mojej kochanej ludzkiej siostrzyczce. Mugol. Pieprzony człowieczek. Nigdy jej nie lubiłem.
-Musimy wrócić! - krzyknęłam.
-Zoe wie co robić. Mam z nią kontakt telepatyczny. Jest okej. Radzi sobie. Daje nam czas byśmy wrócili. Jest mądra i sprytna, silna, to najważniejsze, da radę gdyby co. Wszystkie wilkołaki są na jej zawołanie, wszyscy źli czarodzieje. Martwych czarodziejów przyzwę ja. Będą na moje rozkazy, to załatwi każdego.
-Dobrze. Więc zrób co należy. Nie chce mi się tu siedzieć. - westchnęłam i trąciłam go nosem w szyję.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz