piątek, 10 lipca 2015

Od Rosalie

  Siedziałam w szafie. Dlaczego? Otóż, gonił mnie ten gruby zmutowany potwór. Nie wiem, może kiedyś to było człowiekiem, ale teraz... boże... ja nie wiem z czym mam do czynienia. Wiedziałam jednak, że TO mnie chce... chce mnie złapać... czy zabić... nie wiem. Wolałabym nie sprawdzać.
  Po kilku minutach wyszłam wreszcie z szafki i odetchnęłam z ulgą. Polazł...
  Chodziłam ostrożnie po każdym pomieszczeniu. Moje moce nadal nie działały... przecież podali mi dużą dawkę zanim zginęli. Byłam głodna... zmęczona... stęskniona za przyjaciółmi... najbardziej za Ruvikiem. Za nim tęskniłam najbardziej...
  Stojąc w jakimś kolejnym pokoju, gdzie ściany miały ślady zakrwawionych rąk i takie tam... nie ważne... usłyszałam za sobą głośne oddychanie, ktoś stał za mną. Powoli zaczęłam się obracać. Co zrobić...?!
  Niestety, nawet nie zdążyłam się odwrócić i spojrzeć kto to... Złapał mnie bez najmniejszego problemu, jakbym była dla niego tak lekka jak piórko. To ten... TO COŚ... O boże...
  Byłam przerażona jak nigdy, myślałam, że serce samo wyskoczy mi z piersi. To coś ściskało mnie jak najmocniej mogło. Boże... co to do cholery jest?!
  Usłyszałam strzał.
  Potwór odwrócił się i puścił mnie na ziemię. Upadłam z hukiem. Potwór zdenerwował się, krzyknął przerażająco i pobiegł w lewo. Do pomieszczenia chwilę później wszedł młody blondyn. Zdziwiłam się jego obecnością tutaj... może to jeden z tego ''psychogangu'', młodych nastoletnich chorych psychicznie naukowcach, doktorkach i chorych umysłowo idiotów którzy znęcają się nad niewinnymi dziewczynami.
    Cholera. 
    Skojarz fakty, nie ufaj nikomu. 
  Trzymał w ręku pistolet, celował we mnie.
-Pomogę Ci wstać.
  Nawet nie mogłam nic powiedzieć, sprzeciwić się, po prostu mnie podniósł. Naprawdę? Jestem aż tak lekka? Ludzie...
-Jesteś cała?
-Kim jesteś? - odepchnęłam go.
-Rozumiem, że mi nie ufasz...
-Spieprzaj.
-Spokojnie...
-Skąd masz pistolet?
-Znalazłem tutaj...
-Nie gadaj głupot, jesteś tacy jak ci którzy tutaj pracują.
-No cóż... chciałem się zaprzyjaźnić... A ty mnie oskarżasz o takie coś?
-To nie byle coś. Ludzie tutaj się często nie widuje... Tylko tych idiotów...
  Zobaczyłam jego różdżkę z boku kieszeni. Uciekłam do innego pomieszczenia a on zjawił się zaraz za mną.
-Usiądź. Nikt ci przecież nie pomoże. - zaśmiał się. - Jestem ostatnim... muszę kontynuować to co zaczęli dawno temu czarodzieje.
  Usiadłam bo nie mogłam uwierzyć.
    Rosalie, jesteś w ciemnej dupie. 
    Masz przesrane. 
-Wypuść mnie...
-Nie mogę. Przykro mi. - uśmiechnął się lekko.
-Błagam... - złapał mocno moją rękę.
-Nie mogę, słonko...
  Przerwał. Z korytarza wybiegł ten mutant. Wyjął pistolet i strzelał, ale to nic nie powstrzymywało potwora.
  Pobiegłam drugimi drzwiami do piwnicy i na zewnątrz na magazyn. Ukradłam telefon leżący w jednym z pomieszczeń. Wyjęłam go i zadzwoniłam. To mi pozostało. Jedna kreska baterii... dasz radę...
-Ruvik...odbierz...
  Kilka sygnałów i...
Odebrał! Dziękuję...!
-Ruvik?! Boże... Ruvik!!!
-Co się dzieje?
-Słuchaj... nie wiem gdzie jestem... musisz mnie znaleźć.. błagam... chcą mnie zabić...
-Kto? Rosalie?! Zaraz spróbuję cię...
  Telefon padł.
-Ruvik? Ruvik?! H...Ha...Halo...?!
  Zabrakło mi tchu. Nie mogłam mówić, czułam się słabiej. Schowałam się między kartonami. Słyszałam jak tamten blondyn klnie głośno.
-Pieprzona amunicja!!!
  Czyli nie ma już nic. Tyle dobrego...
  Musiałam coś wymyślić... COKOLWIEK!!!








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz