-Co się stało? - spytałam zmartwiona.
-Ruvik...
-Co?
-Drugi ja... jakby... moja gorsza część czegoś ode mnie chce... Czasem go widzę.
-Widziałeś go teraz?
Kiwnął głową.
-Nie chcę go widzieć. - powiedział zdenerwowany.
-Ale będziesz. - zaśmiał się.
Słyszałam go ja i Rajan.
-Odwal się!!! - wrzasnął zły i uderzył z całej siły pięścią w biurko.
Podskoczyłam, serce biło mi coraz szybciej.
-Nie wiem co masz robić... gdy ja widziałam swoją gorszą cząstkę wtedy w szpitalu psychiatrycznym... to mi pomagałeś... ale myślę, że to chyba nie ten rodzaj ''problemu''... Chciałabym pomóc, ale nie wiem jak... Teraz go zignoruj...
-Nie mogę!!Słyszę go!
-Wznieś barierę...
-Nie wiem czy to coś da, Rose!
-Spokojnie, tylko nie krzycz, jestem tu z tobą... zignoruj go. Walcz z nim jeśli chcesz mieć spokój...
Chciał coś powiedzieć, jednak zacisnął zęby.
-Masz rację... - westchnął i minął mnie.
-Gdzie idziesz? - spytałam ściągając rękawy swojej czarnej bluzy na opuszki palców.
-Chodź. - podszedł do mnie i pociągnął mnie na zewnątrz.
Weszliśmy do jego czarnego bmw i tak siedzieliśmy w milczeniu. Spojrzałam się na niego i odgarnęłam kosmyk swoich czarnych włosów za ucho.
-Co masz zamiar zrobić...?
-Nie wiem. - powiedział zaciskając dłonie na kierownicy.
-Musiałem stamtąd wyjść... A w deszczu nie będziemy stać, nie chcę, byś się rozchorowała.
-Ruvik... ja nie chcę Cię stracić... - powiedziałam drżącym głosem.
Spojrzał na mnie i puścił powoli kierownicę. Wpatrywał się we mnie, patrzył w moje zaszklone oczy. Pomyślałam, co by było, gdyby mi go odebrano... nie chcę nawet o tym myśleć, nie chcę o tym myśleć... Ruvik jest dla mnie całym światem... wszystkim co mam...
Nachylił się i zbliżał, przeciągnął palcem po moim policzku ścierając jedną łzę. No i po prostu... pocałował mnie delikatnie.
-Nie wiem - odsunął się powoli ode mnie - czy to dzieje się naprawdę...
-Czemu ma to się nie dziać?
-Miałem ostatnio dziwaczny sen... myślałem, że to się dzieje naprawdę.
-Gwarantuję, to dzieje się naprawdę. - zaśmiałam się i pocałowałam go.
-Nie musisz iść? - spytał przypominając sobie, że przecież miałam mało czasu na spotkanie się z nim. Nie jestem zbyt silna magicznie, by być tu ile chcę.
-Mamy czas...
-Jesteś tu już dwie godziny...
-Mam więc kilka minutek... - uśmiechnęłam się. - Wyganiasz mnie?
Ruvik zaśmiał się tylko.
-Muszę wziąć leki... - szepnęłam. - Wrócę jutro. Jeśli mnie nie będzie... nie, to nie możliwe. - zaśmiałam się. - Nie możliwe, żebym nie zjawiła się u ciebie jutro i w każdy kolejny dzień. Obiecuję, że będę. Zawsze dotrzymuje słowa.
Zniknęłam. Pojawiłam się w swoim domu.
Cole siedział na dole przy celach. Poszłam do niego podpierając się rękoma o ścianę, bo byłam zbyt słaba by poruszać się bez problemu. Siedział pod celą Zoe i trzymał w ręku torebkę krwi. Był smutny, nie widziałam go jeszcze takiego. Stanęłam nad nim
-Co z nią?
-Nie chce brać krwi... lekarstwo tylko wstrzymało proces. Jest pół wampirem pół człowiekiem, jej pragnienie nie zaspokoi ludzkie jedzenie, ono tylko je wzmocni.
-Daj mi z nią porozmawiać...
-Nie możesz być sam na sam z kimś... wiesz co robisz..
-Wyjdź. - nakazałam i wzięłam od niego torebkę krwi. - Dam radę.
Podniosłam wzrok na celę w której siedziała Zoe.
-Dobra... idź. - podniosłam nagle dłoń gdy Cole dotknął mnie.
Odrzuciłam go na koniec korytarza. Cole wstał, i szedł w moją stronę.
-Nie pozwolę Ci zrobić krzywdy Zoe.
-Przepraszam Cole. Jedyną osobą, która może ją zabić... jesteś ty.
-Ja? - zatrzymał się. - Co z twoimi tęczówkami? Są czarne...O boże... Rose...
-Tu nie ma Rose. - powiedziałam głosem męskim.
Głosem... mojego ojca.
-Pan Palmer? - zdziwił się Cole.
-No pewnie, Cole...
-Odejdź Cole.
Cole podbiegł do mnie nagle, przewrócił mnie na ziemię i unieruchomił mnie. Wstrzyknął we mnie lekarstwo, czekał, aż moje tęczówki staną się brązowe, normalne, takie, jakie mam prawdziwa ja. Czekał tak dłuższą chwilę, potem wstał ze mnie i podniósł mnie.
-Przepraszam, ale chciałaś mnie chyba zmienić na karmę dla psa...
-To ja przepraszam... i dziękuję... - szepnęłam. - Nic jej nie zrobię.
-Gdzie do cholery jest Ruvik? Widzisz co robisz jak...
-Na razie go nie będzie. - uprzedziłam go. - Wyjdź.
-Zrobisz jej krzywdę...
-Jest dla mnie jak siostra. - wtrąciła się Zoe. - Nic mi nie zrobi a ja jej też nie. Jest tak słaba, że ledwo co słyszę w niej jak płynie jej krew.
Cole wyszedł, a ja zbliżyłam się do krat.
-Hej stara. - uśmiechnęłam się. - Może chcesz? - pokazałam jej torebkę krwi.
-Nie... to... nieludzkie...
-Nie jesteś już w pełni człowiekiem. Wypij to. Jeśli umrzesz stracę nie tylko ciebie ale i Cole'a.
-Czemu niby Cole'a?
-Bo się w ciebie wpoił, myślę, że wiesz co to takiego...
-Nie, pewnie kłamie...
-Nie spocznie, musi cię chronić. Jest wilkołakiem, wiesz to. Wpoił się w wampira...
-Nie chcę krwi, idź to wywal. - szarpnęła łańcuchy a ja otworzyłam kraty. - Co robisz?
-Pomagam Ci żyć. Jak spróbujesz raz potem pijesz więcej...
-Nie! Rosalie, nie!
-To krew niedźwiedzia, nie ludzka. Cole musiał ją włożyć w torebkę by Martin myślał na początku, że jest dla mnie. Na początku byłam pod kroplówką, podawał mi krew, ale Cole wiedział od początku co jest grane. Jest wilkiem, on czuje to i owo. A krew niedźwiedzia będzie dla ciebie idealna, jeśli wampir zaczyna od krwi zwierzęcej to pije do końca zwierzęcą, jeśli ludzką to staje się mordercą. Nie chcesz? Musze ci pomóc, bo nie mogę cię stracić.
Zaczęła się szarpać, jednak wykorzystując moje umiejętności podniosłam rękę i spojrzałam na nią spod byka. Unieruchomiłam ją. Otworzyłam torebkę i podałam jej krew. Gdy było po wszystkim zła spojrzała na mnie.
-Przepraszam Zoe... Ale ja nie pozwolę, żeby taka osoba która jest dla mnie jak siostra... ze sobą skończyła... Przepraszam, że chcę cię uratować... Cole cię kocha... daj sobie pomóc. To tylko krew zwierzęca.
-Masz... jeszcze?
-Mam.
Rzuciłam jej a ona rozerwała torebkę i się napiła.
Wyszłam zamykając trzy zamki na celi i wyszłam.
W domu wszyscy leżeli na podłodze. Wystraszona padłam koło przyjaciół i starałam się ich obudzić ale... na nic.
-Co wam jest... boże...
Wstałam. Poszłam na korytarz a tam stało dwóch chłopaków w moim wieku, kojarzyłam ich ze swojej klasy z Hogwartu. Cofnęłam się o kilka kroków a chłopak się zaśmiał.
-Kim jesteście...? - szepnęłam.
-Kimś, kto zajmie się tobą odpowiednio. - uśmiechnął się.
-Co...? - wydusiłam z siebie tylko to.
-To co słyszysz. Zabierzemy cię niedaleko stąd...
Byłam przerażona.
Wbił we mnie strzykawkę i schował ją do kieszeni. Nawet nie zdążyłabym uciec... Wiedziałam, że to nie ma sensu. Złapałby mnie.
-Od teraz nie możesz używać magii... Niestety nie na długo... a to była jedyna taka strzykawka ale myślę... myślę, że sobie poradzimy, prawda? Będziesz uciekać, to ja cię znajdę.
-Gówno mi zrobisz... jesteś tylko początkującym czarodziejem...
-I co. Zabawa to zabawa, prawda? - zaśmiał się i zabrał mnie do samochodu.
Bałam się. Gdy się wyrywałam jemu towarzyszowi, ten uderzył mnie w twarz z pięści a potem w brzuch. Wrzucił mnie wręcz do samochodu na tylne siedzenie. Wstałam i próbowałam coś wymyślić... ale to bez celowe.
Zaśmiali się obaj.
-Nigdy. Teraz należysz do mnie. Nie wiem kto zabił Kleina, ale wiem, że ty byłaś jego nowo zaplanowaną zabawką do eksperymentów... ja jestem może i początkujący, może umiem tyle zaklęć co nic, ale eksperymenty to eksperymenty. Zac? Mógłbyś ją ogłuszyć? Skutecznie, proszę.
Chłopak uderzył mnie czymś ciężkim w skroń... i ciemność.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz