czwartek, 4 czerwca 2015

Od Rosalie


  Trudno mi było wyjść poza teren bezpieczny. Zawsze było mi trudno. Bałam się, to jak widziałam śmierć mamy... ten widok zapamiętam do końca życia. Trzymałam w prawej dłoni elektrobroń, nerwowo trzymając kciuka na spuście, byłam w gotowości. Weszliśmy do budynku. Sarah wraz z resztą towarzyszy rozejrzała się po pomieszczeniu w poszukiwaniu jedzenia, leków i innych potrzebnych rzeczy do bezpiecznej strefy. Jednak było tu mały rzeczy, nie wystarczą dla wojskowych i garstki ludzi za murem.
  Sarah stała oparta o drzwi, wypatrując co jakiś czas przez małą szybę w drzwiach zombie czy szkieletorów. Stałam przy blacie, koło Gale'a. Alex wraz z tym nowym wojskowym przystojniachą poszukiwali leków, jedzenia i reszty. Jednak to co znaleźli nie było w wystarczającej ilości.
  Nagle usłyszeliśmy jakiś hałas w głębi budynku. Zesztywniałam i przycisnęłam broń do uda czekając na znak od Alex'a na strzał, cokolwiek.
-Słyszeliście to? - spytałam kompanów.
-Tak. To pewnie szczury czy coś. - machnął ręką Alex jednak widziałam jaki jest poddenerwowany.
-Bądźcie cicho. - syknęła Sarah i przyłożyła ucho do drzwi. - Nic nie słyszę... - szepnęła.
-Szukajcie a nie stoicie. - powiedział ten nowy.
-Spokojnie Flynn. - warknął Gale.
-Wy macie stać. - mruknął pod nosem Alex penetrując wszystkie szafki.
-Jak się czujesz? - spytał mnie Gale widząc moją przerażoną twarz.
-Nie najlepiej... widzę ten obraz mojej matki...
-Chyba wszyscy to przeżyliśmy. - odpowiedział wymijająco Gale.
-Jak ty się z tym czujesz?
- Po prostu mogłem coś zrobić... a nie stać i uciekać. Zostawiłem matkę i ojca na pożarcie. Po prostu chciałbym cofnąć czas i rozwalić łby tym pierdolonym zombiakom.
-Byłeś wtedy w szoku... kazali ci uciekać. Lepiej im jest tam gdzie są... nie dali by rady tutaj.
-Wiem, tak to sobie tłumaczę.
  Spojrzałam na Sarah, patrzyła się na nas lekko uśmiechając. Jednak ja zauważyłam za szybą cienie, a potem pojawiające się zza ściany zombie. Waliły w drzwi, Sarah trzymała je jednak Alex złapał broń i kazał jej szybko się odsunąć. Nie zrobiła tego, zombie wybiły szybę i próbowały ją wyciągnąć przez to małe okienko koło niej. W porę przyjaciółka opadła na ziemię i starała się wytrzymać jak najdłużej.
-Wyjdź stamtąd! Proszę! - nakazał Alex. - Siostra! Wyjazd!
-Uciekajcie!
-Żartujesz sobie? - parsknęłam.
  Flynn pociągnął ją do siebie i odprowadził. Martin z kolei zaczął od razu strzelać wraz z Gale'em w tłum zombiaków. Ja strzeliłam celując w głowę.
  Było ich coraz więcej, nie mieliśmy drogi ucieczki, spanikowałam. Sarah schowała się pod blatem strzelając w głowy zombiakom. Alex wszedł na blat i kontynuował. Jednak z każdym rozwalonym łbem przychodziły następne. Skąd nas wyczuły? Nie pokazywało nic że są w pobliżu jakiekolwiek szkieletory czy zombie!
-Uciekaj. - zażądał Gale.
-Co!? Nie zostawię was tutaj!
-Uciekaj, damy radę. - zapewnił Alex.
  W tym momencie zombie ugryzło Flynna. Bez zastanowienia Gale strzelił temu który go ugryzł.
-Uciekaj, już.
  Wyszłam przez górne okno i wyskoczyłam. Rozejrzałam się czy nie ma w pobliżu jakiegoś zombiaka. Od strony strefy bezpiecznej szedł tłum zombie, a za nimi szkieletory. Szkieletory akurat biegły, były bardzo szybkie o dwie głowy wyższe ode mnie. Wyglądały jak spalone szpielety, całe czarne.
  Ruszyłam w przeciwną stronę do lasu, nie mogłam tu zostać. Miasto znów zawitało zombie i szkieletory. Nie mogłam na razie wrócić, do strefy jest tylko jedna droga - przez miasto.
  Na drodze zobaczyłam jednego psa-zombie. Ruszyłam w lewo do jednego z budynków obok. Weszłam do windy, schody były zawalone ciałami, meblami i innymi rzeczami. Pies warczał i nadal mnie gonił. Weszłam do windy i kliknęłam na sam dół, na parking. Winda ruszyła, a serce coraz szybciej biło. Uspokoiłam się jakoś.
  Ruszyłam na dół i biegiem z parkingu obrałam kierunek na las. Był wielki, tam zombie jest dużo ale chyba dam radę tam przeczekać. Nie mogłam wrócić na razie do strefy bezpiecznej, muszę odczekać góra dzień lub dwa zanim zombie się przeniosą.
  Zaczęłam płakać, martwiłam się o przyjaciół. Szłam przez las już dobre dwadzieścia minut, nie słyszałam nic, była cudowna cisza. Martwiło mnie to, że nie miałam przy sobie żadnej broni, nie miałam nawet nic do picia czy jedzenia a umierałam z głodu, pragnienia... ze zmęczenia.
  Na przeciwko zobaczyłam jakąś dziewczynę. Stanęłyśmy jak słupy wpatrując się na siebie. Była kilka kroków ode mnie, nie wyglądała wcale na zombie ani na zarażoną. W sumie co ja się tam znałam... byłam zwykłą dziewczyną która nawet nie potrafi trzymać dobrze broni!
-Czekaj! - zawołałam do niej.
  Wiedziałam, że jeśli się odezwę zobaczy, że nie jestem zombie czy szkieletorem. Ani jedno ani drugie nie mówi.
-Czego chcesz?
-Uciekłam przed psem zombie...
-Jesteś ze strefy bezpiecznej?
-Tak...
-Przykro mi ale nie chcę ci pomóc. Nie mam nic co mogłoby w ogóle pomóc.
-Czemu tu jesteś?
-Chce tu żyć, chcę być sama tobie też to radzę. Skoro goniły cię zombie nie idź za mną, sprowadzisz tu tylko więcej szkieletorów i zombie.
-Dobrze... czy jest tu ktoś jeszcze? Ktoś taki... żywy?
-Nie. Pewnie nie... Ale nie jestem pewna. Nie oddalam się od domu. Sprawdź, żegnaj. - odeszła a ja krzyknęłam za nią dzięki i poszłam w przeciwną stronę. Byłam już daleko od niej, a przynajmniej starałam się bym była dalej.
  Byłam głodna, przerażona, spragniona i zmęczona. Robiło się ciemno więc zombie zaraz zacznie być więcej. Mogą iść przez las... bałam się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz