Musiałam poćwiczyć swoje umiejętności by pomóc Ruvikowi. Tak, to było koniecznością. Musiałam się na kimś wzmocnić. Tak powiedziała mi zakapturzona postać we śnie; to była kobieta, miała długi biały płaszcz i długie jasne blond włosy. Mówiła mi o tym, że muszę się na kimś wzmocnić - zabić. Kogo mogę zabić? Jedyną osobą żywą którą trzeba ukatrupić jest mój ojciec. To on jest winny wszystkim złym rzeczom które teraz się dzieją...
Stanęłam na środku pomieszczenia i zacisnęłam ręce. Dobra. Czas popróbować na sobie panno Palmer...
Stanęłam na przeciwko lustra i obserwowałam swoje odbicie. Nie wiem jak się zabrać za to wszystko... Gdy zacisnęłam mocniej dłonie a lustro, a raczej to co z niego zostało ruszyło na mnie. Przeleciało przeze mnie jak przez ducha. Lecz jeden kawałek wbił mi się w brzuch. Wyjęłam go i spojrzałam jak strużka krwi leje się po kawałku szkła. Nagle wyrwało mi się z ręki i wróciło do tamtych pozostałych kawałeczków lustra. Ułożyło się w zdanie Patrz do notatnika. Druga litera da ci odpowiedź.
Pobiegłam do notatnika Zaca Hamiltona i od początku leciałam po każdej pierwszej literce zdania, rozdziału, czy słowa! Gdy stanęłam na akapitach twierdząc po chwili, że żałosne jest i męczące brnąć przez 150 stron dziennika Zac'a. Zajmie mi to dużo czasu a tego czasu nie mam. Akapity były odpowiedzią na pytania. Po trzydziestej stronie słowo ułożyło się w całość... Jednak po przeczytaniu tych słów dziennik zniknął, rozpłynął się jak mgła. Zapaliło się światło ze wszystkich możliwych miejsc, wstałam zerkając badawczo. Co się dzieje?!
Jakaś nieznana mi siła odepchnęła mnie do tyłu. Moim przyjacielem stała się podłoga w tej chwili, nie chciałam wstawać. Moja rana na plecach bolała. Miejsce poparzenia musiało zniknąć. Już dawno powinnam to zrobić, ale ważny jest Ruvik. Poćwiczę na sobie. Musi się udać.
Spojrzałam na lustro, to samo lustro które było wcześniej zbite. Teraz było ładnie poskładane a kawałki które były wbite w ścianę - zniknęły. Musiałam wstać. Jednak w lustrze ujrzałam swoje odbicie, stała tam R.Z. Nie mogła wrócić. Pozbyłam się jej, dziennik Zac'a był widocznie przesiąknięty magią a teraz to jest zapłata za jego zniszczenie i usunięcie. Zac wyraźnie napisał i podkreślił - ma być chroniony, inaczej wspomnienia zostaną przebudzone.
Wstałam i podniosłam rękę do lustra. R.Z. uśmiechała się do mnie szeroko.
-I co cię bawi, Zac? No co? - szepnęłam i zacisnęłam rękę. Paliłam R.Z... umierała.
Gdy krzyczała w mojej głowie nie poczułam zmiany. Ta zmiana była dość znacząca, a ja jej nie zauważyłam.
Odwróciłam się i odchyliłam plecy spoglądając na odbicie w lustrze. Moja rana znikała, powoli,powoli zanikała. Wsiąkała we mnie. Wsiąkała w moje ciało... Ucieszona poczułam, że zabicie R.Z. dało mi siły. Zabicie mojego ojca da mi więcej. To oznacza, że moja magia pozostaje tylko wtedy gdy kogoś zabiję. Kogoś, kto od tej śmierci ucieka.
Po godzinie wysiłków, pracy którą włożyłam w naprawę swojego ciała... musiałam iść do Ruvika. Poszłam do niego i kazałam mu usiąść.
-Nie powinnaś tego robić, to źle na ciebie działa...
-Ciiśś... - szepnęłam i wskazałam na krzesło. - Zamknij oczy i zrelaksuj się.
Zbliżyłam się do niego i zamknęłam oczy.
Potem...
Potem usłyszałam głos tej kobiety ze snu.
Zamień się ze mną ciałem, wtedy ci pomogę. Jesteś zbyt słaba. Oczyść umysł, a teraz... teraz pozwól mi wejść. Zaufaj mi, Rosie...
Mama...
To moja mama...?!
Jednak zrobiłam to co mi kazała.
Złapałam go za głowę, delikatnie, że prawie nic nie czuł. Skupienie. Oczyść umysł...
Chwilowo stałam obok, byłam duchem. Ta kobieta stała na moim poprzednim miejscu szepcząc jakieś słowa. Wyglądała na doświadczoną, potężną i dobrą czarownicę. Byłam ciekawa jak wygląda jej twarz, widziałam tylko usta które szeptały dziwne słowa, które zaczęłam powoli rozumieć.
-Ulecz tego, który powinien stać się jak dawniej. Ulecz rany, które są zbyt głębokie i bolesne by wyleczyć je normalnie, uleczyć trzeba to, co zostało zniszczone...
Skończyła mówić, odsunęła się od Ruvika. Kobieta podniosła rękę i zatrzymała czas. My jednak... nas nie zatrzymała.
-Co zrobiłaś...? - spytałam przestraszona.
-Uleczyłam mu rany. Zobaczysz go gdy wrócisz na ziemię.
-A teraz gdzie jestem?
-Pomiędzy.
-Pomiędzy?
-Jesteś ze swoją matką, Rosie... Moja mała Rosie...
-Mamo... - szepnęłam i przytuliłam się do niej.
-Wiedziałam, że obudzi się w tobie czarodziej. Twój ojciec tak długo trzymał cię w ukryciu przed Hogwartem, że stawałaś się człowiekiem... zabił mnie wywołując zarazę... Musisz go powstrzymać.
-Nie dam rady mamo...
-Wiem, ktoś inny to zrobi za ciebie. Jest wiele osób które pragną jego śmierci...
-Mamo, dlaczego zombie są takie... żywe?
-Ja maczałam w tym palce, przyznaję..
-Naprawdę? Masz tak wielką moc by...
-Ja jestem osobą, która pochłania moc z samej siebie, czerpię z niej energię a każda żyjąca istota trzyma mnie przy życiu w Pomiędzy. To miejsce gdzie nie ma śmierci, nie jestem martwa ani żywa. Ja czuwam nad żyjącymi istotami i nad martwymi. Jestem czarodziejem który stworzył strefę Pomiędzy. Ja ożywiam... ale teraz musisz iść.
-Mamo, a czy Ruvik... ta zmiana to na zawsze?
-Tak długo jak żyję.
-Mamo... kocham Cię...Dziękuję...
Uśmiechnęła się, pocałowała mnie w czoło i odesłała budząc czas.
Spojrzałam na Ruvika. Boże... był... był normalny... taki jak kiedyś.
-Jak się czujesz...? - spytałam z uśmiechem.
-Dobrze... A co?Pomogło?
-Sam zobacz! - pisnęłam zadowolona i pociągnęłam go do lustra.
-I jak?! - podskakiwałam z radości.
-Jak to zrobiłaś...?
-Tajemnica! Ważne, że jest dobrze, prawda?
-Dziękuję... - szepnął i przytulił mnie.
Jednak zaraz się odsunął.
-Co teraz ze mną? Gdzie pójdę?
-Znajdziemy jakieś miejsce... teraz trzeba zakończyć tę zarazę.
-Jak to zrobisz?
-Chodź. Umiesz prowadzić, tak?
-Jasne.
-Znajdziemy samochód, wezmę broń i jedziemy. Czekaj... znajdę ludzi. Wymyślimy plan co i jak.
Wróciwszy do szpitala psychiatrycznego już z Zoe, Gale'em, Martinem i resztą zliczyłam trzydzieści pięć osób. Taka grupa da radę, jednak Zoe i Gale dowodzili akcją. Tak ustaliłam.
-Wy idziecie się ukryć. - zarządzili razem w tym samym czasie Gale i Zoe.
-Co? - wycedziłam.
-Damy znać jak będzie czysto.
-Ale co jak zginiecie? - spytałam.
-Nie zginą. - usłyszałam głos mamy.
Mama na pewno będzie ich miała na oku, żadnemu nie pozwoli zginąć.
Uśmiechnęłam się szeroko i spojrzałam na Ruvika. Kiwnęłam głową.
-Będzie dobrze. - zapewnił Gale.
-Musi. - zaśmiała się Zoe.
-Daj znać co i jak. - poprosiłam Zoe i przytuliłam ją.
-Plan macie doskonały, w SB panuje spustoszenie więc każdy z nich jest rozkojarzony. Mój ojciec jest w bazie głównej sam, bez ochrony. Nikt was nie tknie... - pożegnaliśmy się i poszliśmy w swoje strony.
Był już wieczór. Znaleźliśmy samochód i pojechaliśmy.
-Jedynym miastem bezpiecznym od epidemii jest Seattle. Jako pierwsze się podniosło więc tam możemy się udać.
Bez słowa dalej jechał drogą. Martwiłam się, że nie jest zadowolony, jest na mnie zły... cokolwiek. Zamyśliłam się.
Przecież chciałam dobrze... Jest na mnie zły? Ciekawe jak radzą sobie moi przyjaciele... grupa która włączyła się do walki o wolność z epidemii, ciekawe, czy zombie im pomaga? Pewnie tak, skoro również napadają na mojego ojca. Żołnierze bronią go jak głupi... Co się dzieje z tymi ludźmi?
Może jakoś ich też przekupił? Pieniądze, władza, stanowisko? Mój ojciec; racja, ma wpływy... ale żeby aż tak ludzie głupieli w tych czasach na punkcie stanowiska jakiegokolwiek? Dajcie spokój...
Gdy dojechaliśmy do Seattle moja mama wskazała mi drogę do jej dawnego domu gdy ukrywała się przez ojcem jeszcze za czasów gdy miała dwadzieścia lat. Byłam wtedy jeszcze z ojcem jako małe dziecko... niemowlaczek... Niczego nie świadoma...
Dom był mały, ale w środku przestronny i ładny jak na Seattle. Klucz pojawił się znikąd w mojej czarnej torbie. Zapaliłam światło, było tu przytulnie i ładnie. Spora kuchnia, salon i pokoje... Potem gdy każde z nas wzięło pokój (były tu 3 spore pokoje)... mi zaczęło jakby... po prostu świadomość tego, że jestem teraz zupełnie sama... że moja matka w sumie nie żyje i nigdy tu jej nie zobaczę, że mojego okropnego znienawidzonego ojca zaraz zastrzelą lub już to zrobili... Jestem sama, nie mam nikogo... Złapałam bluzkę mamy, pachniała jak ona. Czułam jej zapach, taki sam jak wtedy gdy ją przytulałam... Starłam szybko łzy.
-Nie becz... - szepnęłam i doprowadziłam się do normalnego stanu... próbowałam przynajmniej...




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz